środa, 04 kwiecień 2012 08:59

Aleksandr Kuzniecow: Izolacja Iranu, czy izolacja Zachodu?

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

drutgeopolityka  Aleksandr Kuzniecow

Zdaniem wielu wybitnych, byłych i obecnych, polityków i dyplomatów ostatnie wydarzenia wokół irańskiego dossier atomowego, włączając w to rozpoczętą już wojnę ekonomiczną Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej przeciwko Iranowi, świadczą o tym, że niebezpieczeństwo poważnego konfliktu zbrojnego w rejonie Zatoki Perskiej jest prawdopodobne jak nigdy dotąd. Ile warte są słowa byłego sekretarza stanu i guru amerykańskiej polityki zagranicznej Henry`ego Kissingera o „bębnach wojny” w regionie. Niewątpliwy jest też wpływ konfliktu amerykańsko-irańskiego na wewnątrz polityczną sytuację nie tylko w tych krajach, ale również w państwach europejskich i na Bliskim Wschodzie.

Ameryka, geopolityka i zbliżające się wybory prezydenckie

 

Agresor, wcielając w życie plany ofensywne, zawsze stara się zapewnić sobie alibi na wypadek nieprzewidzianego rozwoju sytuacji. Dla administracji Baracka Obamy takim alibi jest list, wysłany przez amerykańskiego prezydenta do władz Iranu. List ten został powielony w trzech egzemplarzach – pierwszą kopię ambasador USA przy ONZ Susan Rice przekazała swojemu irańskiemu odpowiednikowi Mahmudowi Hazei, drugą do Iraku dostarczyła ambasador Szwajcarii w Teheranie Livia Len Agosti. Trzecia kopia dotarła tam za pośrednictwem irackiego prezydenta Dżalala Talabaniego. Poseł irańskiego Madżlisu [1] Hossein Ebrahimi oświadczył, że w liście wzywa się do zaprzestania wrogich stosunków między krajami i rozpoczęcia amerykański-irańskich negocjacji. Strona irańska wielokrotnie podnosiła kwestię negocjacji, nie otrzymała jednak żadnej odpowiedzi.

Po zajęciu przez Amerykanów Iraku i Afganistanu w 2003 r., wielu obserwatorów oczekiwało początku amerykańsko-irańskiej współpracy w zakresie bezpieczeństwa regionalnego, ponieważ obalenie reżimów Saddama Husajna i talibów oznaczało wyeliminowanie wrogów nie tylko Waszyngtonu, ale także Teheranu. Do negocjacji jednak nie doszło. Co więcej, administracja George'a Busha umieściła Iran na liście państw tzw. „osi zła“, niszcząc jednocześnie szansę na porozumienie. Nowy prezydent Barack Obama, który zupełnie niezasłużenie otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla, podczas wystąpienia w Kairze w 2009 r. jakby opowiedział się za dialogiem z Iranem, ale kilka miesięcy później wystąpił w roli głównego inicjatora zaostrzenia międzynarodowych sankcji gospodarczych wobec tego kraju. O budzących niepokój nastrojach ówczesnej administracji amerykańskiej świadczy kolejne wystąpienie Obamy: „Nie powinno być wątpliwości. Misja Ameryki polega na tym, żeby zapobiec budowie w Iranie broni atomowej. Wykorzystamy wszelkie możliwości, aby tego dokonać“.

Jesienią 2009 r. Stany Zjednoczone,  zgodnie z metaforycznym wyrażeniem byłego ambasadora Iranu w Moskwie Abbasa Khalafa, „postawiły Iran na wolnym ogniu“ i opracowały taktykę powolnego wyniszczania sił w trzech obszarach: wzrostu aktywności terrorystycznej w Iranie, przejawiającej się we wsparciu beludżystańskich i kurdyjskich separatystów oraz eliminowaniu irańskich fizyków jądrowych; eskalacji presji ekonomicznej oraz wsparcia wewnątrzpolitycznej walki wśród irańskiej elity. Jednak pod koniec zeszłego roku Biały Dom podjął decyzję o przyspieszeniu działań. Znaczny wpływ miały zbliżające się wybory prezydenckie w USA. Administracja Obamy nie może pochwalić się żadnymi sukcesami gospodarczymi i tymi w polityce zagranicznej. Stagnacja amerykańskiej gospodarki, pospieszne wycofanie wojsk z Iraku, gdzie Amerykanom nie udało się osiągnąć żadnego z zamierzonych celów, utknięcie w afgańskim błocie wojenno-politycznym – wszystko to zmusza Obamę do rozpoczęcia „malutkiej zwycięskiej wojny” w Zatoce Perskiej. Tym bardziej, że republikańscy konkurenci (z wyjątkiem Rona Paula, który wzywał do skoncentrowania się na wewnątrzamerykańskich problemach) popierają potrzebę przeprowadzenia kampanii wojskowej przeciwko Iranowi. I jeśli Waszyngton ma jeszcze jakieś wątpliwości co do misji wojskowej, to wojna gospodarcza przeciwko Iranowi już się rozpoczęła.

Europa, ropa i państwa Zatoki Perskiej

Ustawa podpisana przez Obamę 31 grudnia 2011 r. nakłada amerykańskie sankcje na każde państwo lub prywatne przedsiębiorstwo, które kupuje irańską ropę i płaci za nią za pośrednictwem irańskiego Banku Centralnego. Niedawno, do sankcji ekonomicznych wobec Iranu, przyłączyły się (pod silnym naciskiem Stanów Zjednoczonych) kraje Unii Europejskiej. Atlantycka solidarność jest dla nich ważniejsza, niż pespektywy poważnych trudności gospodarczych. Państwa Unii Europejskiej kupują od Iranu 600.000 baryłek ropy dziennie, co stanowi 25% irańskiego eksportu ropy. Na pierwszym miejscu wśród nabywców irańskiej ropy naftowej w Europie są Włochy. Za nimi są Hiszpania i Grecja, przy czym udział irańskiej ropy w greckim imporcie utrzymuje się na wysokim poziomie – 35%.

W odpowiedzi na europejskie embargo na zakup ropy, które ma obowiązywać od 1 lipca (do tego czasu należy zakończyć wszystkie zobowiązania wynikające z dotychczasowych kontraktów i nie podpisywać nowych umów) Iran poinformował o zaprzestaniu dostaw ropy do Europy w najbliższych tygodniach. Informację przekazał irański minister ds. ropy naftowej Rostam Ghasemi. Przejście na dostawy z nowych źródeł w kilka tygodni będzie dla Europejczyków dość trudne. Dla greckiej gospodarki taka konieczność będzie oznaczała katastrofę. Nadzieje na zastąpienie irańskiej ropy tanią ropą z innych krajów z regionu Zatoki Perskiej są głupie. Arabia Saudyjska dała już do zrozumienia, że nie podniesie kwot wydobywczych, gdyż doprowadzi to do obniżenia cen, a na to saudyjska elita nie może sobie w tym momencie pozwolić. Jej głównym zadaniem jest powstrzymanie ludności królestwa przed powtórzeniem wydarzeń z okresu „arabskiej wiosny“. Cel ten osiąga się za pomocą przekupstwa narodu. W zeszłym roku poinformowano o wydzieleniu na cele socjalne 36 mld dolarów, a  to dopiero początek.

Ciekawe, że o ponowne rozpatrzenie kwestii wprowadzenia sankcji na irańską ropę poprosił administrację Obamy nawet brytyjski koncern British Petroleum. Angielscy magnaci naftowi współpracują z irańskimi firmami w ramach projektów na Kaspi, włączając w to projekt eksploatacji azerbejdżańskich złóż gazowych Szach-Deniz. Embargo zabrania Europejczykom współpracy z Irańczykami we wszelkich inicjatywach związanych z ropą naftową i gazem ziemnym, zaś brak irańskich środków finansowych w przedsięwzięciu Szach-Deniz spowoduje poważne trudności w jego realizacji. Tym samym zostanie wstrzymane uruchomienie gazociągu „Nabucco“ i innych zachodnich projektów zaopatrzenia Europy w gaz ziemny z pominięciem Rosji.

Zresztą, głównymi nabywcami ropy z Iranu są wciąż kraje Unii Europejskiej, a nie państwa Wschodniej i Południowej Azji, które nie zamierzają rezygnować z irańskiego importu. Co więcej, w warunkach embargo część tych krajów będzie dążyć do tego, żeby za ropę płacić nie dolarami, a złotem i walutami narodowymi. Około 20% chińskiego importu węglowodorów stanowi irańska ropa. Chińskie krajowe przedsiębiorstwo naftowe CNPC zamierza aktywnie uczestniczyć w zagospodarowaniu irańskich pól naftowych Północny i Południowy Azadegan, a inne chińskie przedsiębiorstwo Sinopec już poczyniło znaczące inwestycje w złoże naftowe Jadawaran. Ciekawe, ze rozliczenia za handel wzajemny dokonywane są w jenach.

Za przykładem Chińczyków, którzy zrezygnowali z płatności w dolarach za handel ropą z Islamską Republiką Iranu poszli Hindusi, importujący stamtąd do 18% niezbędnej im ropy. Niedawno władze Indii potwierdziły informację o tym, że nie zamierzają dołączyć się do embarga i ogłosiły planowane przejście na złoto we wzajemnych rozliczenia z Iranem. Transfery złota będą dokonywane za pośrednictwem tureckiego banku narodowego Halk Bankasi. W ten sposób Amerykanie niszczą to, co jeszcze niedawno stanowiło ich strategiczną rezerwę – monopol dolara w rozliczeniach za ropę.

Co więcej, „bębny wojny“ wywołują niepokój wśród najwierniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych w regionie – wśród konserwatywnych monarchii Zatoki Perskiej. Arabia Saudyjska i Katar są oczywiście zainteresowanie osłabieniem, a  nawet zniszczeniem geopolitycznego rywala – Iranu, ale nie kosztem zaprzestania eksportu ropy naftowej. W tym czasie groźba Teheranu, że w wypadku pełnego embargo na ropę, zablokuje cieśninę Ormuz stawia kraje Zatoki Perskiej kraje na granicy zapaści gospodarczej. Amerykański sojusznik jest atrakcyjny dla szejków Zatoki Perskiej jako gwarant ich bezpieczeństwa i nienaruszalności dochodów z ropy. Jeśli burzliwa działalność Amerykanów w Zatoce zacznie zagrażać tym dochodom, to naturalnie pojawi się rozczarowanie i chęć dywersyfikacji stosunków.

Taka chęć została zadeklarowana podczas niedawnej wizyty wicepremiera Rady Państwa ChRL Wena Jiabao w Arabii Saudyjskiej, Katarze i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Brytyjska gazeta „The Guardian“ nazwała tę podróż „wydarzeniem o ogromnym znaczeniu geopolitycznym“. W czasie wizyty podpisano porozumienie z Arabią Saudyjską w sprawie budowy największej w regionie rafinerii naftowej w Yanbu, na wybrzeżu Morza Czarnego. Widoczna jest tu chęć reżimu saudyjskiego przekierowania swojego eksportu z Zatoki Perskiej do Morza Czerwonego z powodu przewlekłej destabilizacji rejonu Zatoki. Bardziej interesujące jest to, że aktywność Chińczyków może mieć nie tylko gospodarcze, ale także polityczne konsekwencje. Pekin, który utrzymuje dobre, stabilne kontakty zarówno z Iranem, jak i wahabickimi monarchiami Zatoki, może zostać najpierw pośrednikiem, a następnie hegemonem w tym regionie.

Iran: konflikt w Zatoce i wojna elit

W dłuższej perspektywie zachodnie sankcje nie doprowadzą Iranu do katastrofy gospodarczej, jednak w najbliższej przyszłości ich negatywne skutki mogą być znaczące. Już teraz ceny konsumpcyjne na wiele towarów codziennego użytku w Iranie wzrosły nawet dwukrotnie, banki namawiają ludność do przelania środków finansowych na depozyt, zapewniając, ze będą mogli je wyjąć w każdej chwili. Utrzymanie sankcji może skutkować pogorszeniem sytuacji ekonomicznej i poziomu życia Irańczyków. Z pewnością właśnie na to liczą amerykańscy stratedzy.

Szczególny nacisk kładzie się na fakt, że pogorszenie sytuacji gospodarczej może doprowadzić do zaostrzenia walki wśród irańskiej elity, gdzie już od dawna brakuje wewnętrznej jedności. Miniony rok odznaczał się silniejszą walką między frakcją konserwatystów, do której należy znaczna część wyższego duchowieństwa a radykałami, na czele z obecnym prezydentem Iranu Mahmudem Ahmadineżadem. Konflikt irańskiego przywódcy z ajatollahami zaczął się tuż po wyborach prezydenckich w 2009 r., w czasie których stworzyli oni jednolity front przeciw reformatorom. Irański prezydent zdał sobie sprawę, że jedną z głównych przyczyn protestów jest korupcja i niekompetencja wyższego duchowieństwa, jego nieumiejętne rządzenie krajem. Drużyna Ahmadineżada obrała kurs na przekształcenie Iranu w republikę prezydencką, z dochowaniem wierności zasadom islamu.

Zakulisowa, ale nie mniej zacięta walka trwała cały 2011 rok. Jeszcze pod koniec 2010 r. irański prezydent próbował przejąć kontrolę nad polityką zagraniczną kraju mianując na stanowisko ministra spraw zagranicznych swojego człowieka – Ali Akbara Salehiego. W maju podjęto próbę powołania prezydenckiego protegowanego na stanowisko dowódcy irańskich służb specjalnych. Tym razem Ahmadineżad napotkał silny opór ze strony Najwyższego Przywódcy ajatollahów Ali Chameneia i był zmuszony do kapitulacji. Odpowiedzią ajatollahów były represje przeciw członkom drużyny prezydenta, część z nich aresztowano w maju i oskarżono o korupcję, a nawet… czary. Szczególnie negatywną reakcję duchowieństwa wywołała działalność bliskiego przyjaciela Ahmadineżada – Esfandira Rahima Masheia – szefa administracji prezydenckiej i krewnego przywódcy Iranu.

Jednym z głównych oskarżeń wysuwanych przez ajatollahów w stosunku do Ahmadineżada było to, ze świecki przywódca kraju nie był w stanie zrealizować założeń politycznych i zapobiec sankcjom przeciw Iranowi. Poza tym, mało prawdopodobne jest, aby irański prezydent, który zastąpi Ahmadineżada wycofał się i miał odwagę zatrzymać program nuklearny. Po pierwsze, projekt nuklearny już teraz uznawany jest przez przytłaczającą większość Irańczyków za potwierdzenie prestiżu kraju i jego równego statusu z wielkimi mocarstwami. Po drugie, w ostatnim dziesięcioleciu ideologicznym zabezpieczeniem irańskiego reżimu stał się, obok szyickiego islamu, perski nacjonalizm. W tych warunkach żaden irański prezydent nie straci twarzy i nie ugnie się przed Zachodem. Nawet sam Ahmadineżad doskonale rozumie, że jeśli wcześniej wyższe duchowieństwo mogło obwiniać go o ekstremizm, to przy zmianie kursu może oskarżyć go o kapitulację. A walka ze wspólnym wrogiem jednoczy irańskie społeczeństwo, łagodząc wewnętrzne sprzeczności.

Mało prawdopodobne, aby konflikt z Iranem wywołał drastyczny rozpad irańskiej elity. Dążąc do złamania Iranu, USA nieświadomie znalazły się w izolacji dyplomatycznej, tracą poparcie Rosji, Chin i Indii, pogłębiają rozbieżności z Turcją, która przestaje być głównym sojusznikiem Waszyngtonu w regionie. Względne porozumienie mogą osiągnąć tylko z Europą, jednak mało realne jest, aby w sytuacji rozpoczęcia operacji wojskowej, pogrążeni w swoich problemach gospodarczych Europejczycy okazali wsparcie Waszyngtonowi. W „izolacji” paradoksalnie znajduje się nie Teheran, a Waszyngton.

Tłum. Anna Piotrowska
Tekst pochodzi z portalu geopolitica.ru

____________________________________
1 Jednoizbowy parlament irański.

Czytany 6875 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04