środa, 02 październik 2013 15:23

Aleksander Dugin: 'Lokalny przykry incydent' 11 września 2001 r.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

WTC1geopolityka  prof. Aleksander Dugin

11 września 2013 r. przypadła 12. rocznica bezprecedensowego zamachu terrorystycznego, kiedy to porwane samoloty zniszczyły wieże Światowego Centrum Handlu w Nowym Jorku i uszkodziły budynek Pentagonu, położony w pobliżu Waszyngtonu. O tym, kto jest winny śmierci prawie trzech tysięcy ludzi mówi mnóstwo wersji, większość których, nawiasem mówiąc, wskazuje na Al-Kaidę – mityczną czy realną – jako zaledwie parawan dla tej operacji. Aby zorientować się, kto nakierował te samoloty na cele – nieżyjący już Osama bin Laden czy George Bush – należy spojrzeć na to tragiczne wydarzenie z punktu widzenia finansów. Is fecit cui prodest – ten uczynił, komu przyniosło to korzyść. Zatem jakie są ekonomiczne konsekwencje zamachu z 11 września?

By odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się do przeszłości. Co się działo w gospodarce Stanów Zjednoczonych w przeddzień 11 września 2001 r., bezpośrednio przed zamachem? Miały miejsce niepokojące i znaczące wydarzenia – gospodarka amerykańska zmierzała energicznie w kierunku wirtualizacji. Giełda była przeciążona. Stosunek kapitalizacji akcji wielu „dowódców floty” „nowej gospodarki” do realnego wzrostu zysków stanowił wówczas setki procent, a w przypadku firmy internetowej Yahoo była mowa o rekordowej liczbie 1000%! A Yahoo to nie był wyjątek. Taka sama tendencja była charakterystyczna dla większości firm, tworzących indeks NASDAQ. Oczekiwania giełdowe posiadaczy akcji przedsiębiorstw „nowej gospodarki” (czyli we współczesnej Ameryce ponad 50% ludności kraju, co jest także liczbą rekordową) zrodziły pewien autonomiczny świat odcieleśnionych finansów, gdzie trendy cenowe są całkowicie oderwane od fundamentu rachunku kosztów tradycyjnej gospodarki kapitalistycznej.

Reżim piramid finansowych – w odróżnieniu od „domorosłych” wersji rosyjskich typu MMM [1] lub instytucji „świętego listu” bazuje na wyrafinowanej logice manipulacji opinią społeczną, sztucznym oddziaływaniem na zbiorową psychikę posiadaczy akcji, licznymi chwytami firm, które tracą lwią część swoich bajecznych dochodów nie na realny własny rozwój i technologie, ale na prezentacje, tworzenie atrakcyjnego wizerunku, PR itp. Analityka giełdy stopniowo sama przekształciła się w oddzielny rodzaj technologii PR-owych. Szczodrze opłacani przez „nową gospodarkę” eksperci przepowiadali jej niczym niezmącony wzrost i „wieczną stabilność”, wbrew oczywistym, groźnym symptomom, których liczba rosła z szybkością śnieżnej kuli. Rozdźwięk między stanem amerykańskiej gospodarki i jej starannie sfałszowanym obrazem (który nabrał nie tylko gospodarczego, ale i politycznego – więcej, geopolitycznego – znaczenia) stale rósł.

Obiektywne dane statystyczne pokazują, że powszechna informatyzacja produkcji jako całość, stanowi czysto wizerunkową kampanię, jako że realnemu wzrostowi zysków komputeryzacja, wprowadzenie „wysokich technologii” i permanentne uaktualnianie sprzyjają tylko w bardzo wąskim sektorze gospodarczym. Natomiast w większości wypadków, w realnym sektorze informatyzacja albo wcale nie odbija się na efektywności gospodarki (i jest tylko daniną dla wątpliwej mody), albo też daje niewielki pożytek, którego nie można zestawić z kapitalizacją firm, działających na rynku technologii i usług informacyjnych. Posiadaczy akcji przekonuje się, że efekt pojawi się później, a komercyjna eksploatacja oczekiwań rzeczywiście przynosi stabilny, wysoki dochód. Jednak na określonym etapie tak wspaniale podany, spekulatywnie ilustrowany woluntaryzm reklamowy nie może nie wejść w konflikt z obiektywnymi wskaźnikami rachunku kosztów.

Złożoną sytuację spowodowaną nadzwyczajną aktywnością giełdowych operacji akcjami komplikował, jeszcze bardziej burzliwy, wzrost rynku derywatów – opcji, zamian, poręk, futuresów (kontraktów terminowych), itd.

Wartość środków pieniężnych działających w tym sektorze ciągle rosła i na tle indukcji łańcuchowej coraz bardziej wirtualnych operacji finansowych sektor realnej produkcji tracił znaczenie, przestawał grać jakąkolwiek znaczącą rolę.

W ten sposób powstał pewien samowytwarzający się system „wirtualnego kapitalizmu”, „wirtualnego wzrostu gospodarczego”, który istniał bardziej w sferze propagandy, czasem zasilany przez sprytne obliczenia. Przykładowo, do liczby wzrostu PKB były włączane potencjalne wydatki Amerykanów na mieszkanie, które jednak w rzeczywistości nie miały miejsca, jeśli były to mieszkania prywatne. Ten i wiele innych przykładów można znaleźć w pracach prof. Kobiakowa. Zwraca on szczególnie uwagę na wprowadzenie tzw. „indeksu hedonistycznego”, przeznaczonego do tego, by brać pod uwagę (dość umownie) „stopień usatysfakcjonowania” konsumenta nabyciem jakiegoś towaru lub usługi. Gdyby te same procesy oceniać według kryteriów „starej gospodarki”, z pozycji rynkowego fundamentu, to obraz ekonomiczny byłby o wiele mniej optymistyczny a rozwój podstawowych procesów ogólnie wzbudzałby bardzo poważne obawy.

Neoekonomiczny model rozwijający się w USA i dominujący tam (Edward Luttwak nazwał go „turbokapitalizmem”) przekroczył, zdaniem wielu specjalistów, pewną granicę, krytyczny „punkt przegrzania”. Ekonomiczna wypłacalność okrętów flagowych amerykańskiej (i co za tym idzie światowej) „nowej gospodarki” zależała od dość efemerycznych procesów i przy pierwszym poważnym wyzwaniu – na przykład przy żądaniu przekształcenia krytycznej masy akcji w pewien ekwiwalent ze sfery realnej (starej) gospodarki, powiedzmy w pokrycie towarami i pieniędzmi – niebezpieczeństwo totalnego krachu całego światowego systemu finansowego, w takim czy innym stopniu związanego z amerykańską gospodarką i dolarem, stawało się całkowicie realne i wiarygodne.

Jeszcze jednym ważnym wskaźnikiem jest gwałtowny wzrost w amerykańskiej gospodarce sektora usług w stosunku do sektora produkcji. Jest to około 30% ogółu zatrudnionych Amerykanów. To także obrazuje wirtualność gospodarki, marginalizacji podstawowych sektorów „starej gospodarki”, oczywistego przeszacowania autonomicznego znaczenia różnych struktur „wizerunkowych”.

Właściwa produkcja, inwestycje w realnym sektorze, nieprzynoszącym szybkich dochodów, które stały się normą w przegrzanych mechanizmach gry giełdowej, nie rozwijały się przemieszczając się do innych stref geoekonomicznych – do Eurazji, Ameryki Łacińskiej itd. Tam, gdzie cena siły roboczej oraz brak standardów ekonomicznych pozwalały na produkcję realnych towarów, wydobycie i przetwórstwo surowców energetycznych w innym reżimie ekonomicznym (jakby na peryferiach „podstawowej” wirtualnej gospodarki), uruchamiając bez większych problemów mały potencjał ekonomiczny pochodzący z manipulacji cyframi.

Sytuacja dolara ulegała coraz większym komplikacjom. Jako światowa waluta rezerwowa – dolar jest pod względem geopolitycznym równie ważnym elementem dominacji USA jak broń jądrowa, nowe technologie, sieci informacyjne. Będąc punktem przecięcia się globalnej strategii geopolitycznej (atlantyzmu) i ekonomicznego mechanizmu gospodarczego samych Stanów Zjednoczonych, dolar odzwierciedlał także główne procesy przebiegające w amerykańskiej gospodarce (w szczególności – wirtualizację). Zatem powiększanie się rozdźwięku między sektorem realnym i finansami wirtualnymi nie mógł nie odbić się na geopolitycznym statusie Ameryki.

Perspektywa wprowadzenia gotówkowego euro w „starym świecie”, emisję którego Unia Europejska opierała na bardziej konwencjonalnych strukturach ekonomicznych, zbliżenie się realnego a nie wirtualnego kapitalizmu, nie tylko podkopywała „imperializm dolara”, ale stawiała pod znakiem zapytania całą geopolityczną i gospodarczą potęgę USA. Wobec braku zagrożenia ze strony demokratycznej Rosji, uwzględniając nowe horyzonty ekonomiczne otwierające się przed Europą w świetle niezakłóconego opanowania zasobów Eurazji (omijając przygotowany model zaopatrzenia w świecie arabskim pod ścisła kontrolą USA), sytuacja ekonomiczna stawała się dla Waszyngtonu naprawdę krytyczna.

Analogiczne problemy narastały w geopolitycznym sektorze Azji. Pomimo recesji Japonia pozostawała drugim krajem na świecie pod względem wielkości PKB, tempo wzrostu Chin i rozwój gospodarczy regionu Oceanu Spokojnego stopniowo prowadziły do nieuniknionego – do wprowadzenia nowej „waluty Oceanu Spokojnego” – „oceanicznego juana” lub „nowego jena”. W tym regionie geoekonomiczym zabezpieczenie walutowe logicznie wiązałoby się z realnym sektorem produkcji.

Autonomizacja Eurazji – gospodarcza, surowców energetycznych, a w konsekwencji polityczna i strategiczna (szczególnie jeśli w tej kwestii aktywne stanowisko zajęłaby posiadająca broń jądrową Rosja) – na tle szybkiej „wirtualizacji” potęgi ekonomicznej USA (co musiało się odbić na ich statusie geopolitycznym) stanowiła fundamentalne zagrożenie dla dalszej dominacji USA w wymiarze planetarnym. „Upadek Ameryki”, „the Decline of the Great Power”, jeśli przypomnieć apokaliptyczny bestseller Paula Kennedy'ego) stawał się czymś prawie nie do uniknięcia, gdyby rozważać spokojny i ewolucyjny rozwój podstawowych procesów zachodzących na świecie.

Jedyną solidną podstawą dla amerykańskiej gospodarki, rzeczywiście mocno związanej z realnym (a nie wirtualnym) sektorem gospodarki, a także specyfiką dominacji geopolitycznej, był MIC (Military-Industrial Complex – kompleks wojskowo-przemysłowy). Była to realna produkcja, rozwój technologiczny, realne miejsca pracy i inwestycje. Ten sektor był prawdziwą ostoją amerykańskiej gospodarki. Jednak właśnie ten najbardziej znaczący, konkretny i adekwatny moduł amerykańskiej ekonomii w toku wydarzeń, w epoce po zakończeniu zimnej wojny, na oczach wszystkich tracił swój raison d'etre – rację bytu, swoją legitymizację społeczno-polityczną. Zapewniał on utrzymanie dominacji USA w świecie, dawał jej stałą bazę, gdy tymczasem amerykański system wirtualnych finansów – ze wszystkimi jego hipnotycznymi atrybutami informacyjnymi i strategiami PR-owymi – działał odwrotnie, czynił pozycję USA w świecie bardziej niepewną i wrażliwą, stanowiąc poważne zagrożenie szybką i nieodwracalną katastrofą w przyszłości.

Sytuację jeszcze bardziej komplikował fakt, że Stany Zjednoczone – w konfiguracji narzuconej przez samych siebie zajęły pozycję centrum jednobiegunowej globalizacji, stając się jedynym „hipermocarstwem” – nie mogły się cofnąć i zmniejszyć pole swojej dominacji do granic kontynentu amerykańskiego.

Zetknąwszy się z kolosalnymi trudnościami, związanymi z „supremacją na świecie”, USA nie mogły w tym samym czasie z niej zrezygnować. Najważniejsze ośrodki realnej produkcji znajdowały się już nie tylko poza terytorium Stanów, ale i poza Nowym Światem, a gigantyczne ilości niczym (oprócz geopolityki i sieci wizerunkowo-finansowej-informacyjnej) niezabezpieczonych dolarów wlewając się do USA, błyskawicznie zatopiłyby gospodarkę powodując hiperinflację.

Iluzja rozkwitu USA, ściśle związana z planetarnym wymiarem amerykańskiej obecności, mogłaby runąć w jednej chwili. Sytuacja była bez wyjścia i odbiło się to na niezwykle ostrej kampanii prezydenckiej, Georg Bush junior (protegowany MIC) – Al Gore (który był przedstawicielem interesów „nowej gospodarki”). Przedwyborcze przesłanie G. Busha do amerykańskiego narodu brzmiało mniej więcej tak: „Stany Zjednoczone nie są zdolne do kontynuacji kursu na przegrzanie systemu gospodarczego i rozszerzanie geopolitycznej obecności; dalsze wciąganie w proces globalizacji w tym tempie może doprowadzić do katastrofy”. Przesłanie A. Gore'a było inne: „USA muszą kontynuować ten kurs, ponieważ w przeciwnym razie reakcja na hamowanie tych procesów ze strony pozostałych państw pogrzebie Amerykę. Wystarczy przerwać wywoływanie wirtualnej iluzji rozkwitu gospodarczego – a wszyscy ci, którzy dziś inwestują w ten sektor realne środki, zaczną je stamtąd wyprowadzać. To spowoduje upadek całego systemu, co w końcu odbije się na statusie geopolitycznym USA. Zatem jedynym wyjściem dla Ameryki jest dalsza globalizacja”.

Najciekawsze, że oba te stwierdzenia są słuszne... Łatwo przewidzieć, w jakim momencie ta bańka mydlana w gospodarce osiągnie punkt krytyczny.

Jaki z tego wszystkiego wniosek? Skuteczna gra finansowymi technologiami, dająca krótkotrwałą iluzję „rozkwitu gospodarki” USA, w rzeczywistości maskowała zbliżający się upadek całego systemu gospodarczego, porównywalny z krachem na giełdzie w 1929 r. i „wielką depresją”. Porównanie wskaźników tych dwu epok – naszej i końca lat 20. XIX w. – wskazuje, że obecny kryzys przybrałby znacznie większe rozmiary, szczególnie, gdyby wziąć pod uwagę dominację USA w świecie i ich geopolityczną funkcję „hipermocarstwa”.

Tak wyglądała sytuacja w amerykańskiej gospodarce przed 11 września 2001 r. I oto nastąpił 11  września... Runęły budynki WTC, płonie budynek Pentagonu. Światowe Centrum Handlowe – symbol gospodarczej potęgi USA, Pentagon – symbol ich strategicznej siły. Oba cele są jednakowo symboliczne. Wydawać by się mogło, że uderzenie nastąpiło w samym sercu Stanów Zjednoczonych. Ujawniło się słabe miejsce Ameryki, która stawia siebie w pozycji gwaranta bezpieczeństwa, stabilności i rozkwitu (gospodarczego, wojskowo-strategicznego i społeczno-psychologicznego) dla wszystkich pozostałych krajów.

Lecz ten ostry, rozdzierający serce kryzys, pokazywany całemu światu przez CNN – porwane samoloty, panika władz i przerażenie ludności – okazuje się miniaturowym i stosunkowo nieszkodliwym lokalnym przykrym incydentem w porównaniu z tą planetarną katastrofą, która wcześniej czy później dosięgłaby Stanów Zjednoczonych, gdyby nie istnieli terroryści, a wydarzenia rozgrywałyby się według tego klucza co i przed 11.września 2001 r.

Zobaczmy, co dzieje się kilka dni po tych wydarzeniach na giełdzie. Indeks NASDAQ pada, ale pada dość płynnie. Oczywiście, wielu mówi o kryzysie giełdowym, ale teraz ten kryzys ma uzasadnienie spoza giełdy – on sam nie jest konsekwencją krytycznej sytuacji gospodarczej Ameryki, a więc jest postrzegany jako przejściowy, przypadkowy, sytuacyjny, a nie – totalny i systemowy. Inaczej mówiąc, „nowa gospodarka” otrzymuje najważniejszy argument konceptualny, by nieco zmniejszyć rozdźwięk między sektorami wirtualnym i realnym gospodarki, zachowując wizerunek i atrakcyjność dla posiadaczy akcji, udanie maskując katastroficzny charakter zachodzących w niej procesów.

Następny moment: jaka jest struktura jakościowa tych akcjonariuszy, którzy grają po 11 września na „niedźwiedzim” polu? Analiza niezależnego eksperta pokazuje, że mowa o okrętach flagowych  „nowej gospodarki”, podczas gdy szeregowi posiadacze akcji tkwią przy ekranach telewizorów w oczekiwaniu na „odpowiedź Amerykanów” i decyzję o losach Osamy bin Ladena. Wprowadzenie stanu wyjątkowego ułatwia to zadanie.

W tej sytuacji bardzo ważne jest to, kto pozbywa się akcji, w jakim porządku i pod jakim pretekstem. Gdyby na rynku funduszy, a następnie na rynku derywatów nastąpiła powszechna panika, przegranymi byłyby firmy, a szeregowi posiadacze akcji nie ucierpieliby zbytnio. Tak było w czasie kryzysu tokijskiego, szeregowi akcjonariusze praktycznie nie ponieśli strat, podczas gdy sytuacja gospodarcza kraju znacznie pogorszyła się.

Ostatecznie sytuacja na rynku funduszy w znaczącym stopniu poprawiła się albo przynajmniej upadek oddalił się.

G. Bush junior oznajmia konieczność nadzwyczajnych przedsięwzięć, aby przezwyciężyć „kryzys gospodarczy” w kraju. Na ten cel przeznacza się specjalne środki z budżetu. Oficjalnie zadeklarowano 92 mld USD, ale ta suma najwyraźniej nie pokrywa całego deficytu... Straty realne, związane ze zniszczeniem budynków WTC i skrzydła budynku Pentagonu są poważne, ale daleko im do tak bajońskich sum. Według wszelkich parametrów zamachy nie mogą być przyczyną „kryzysu gospodarczego”. Mimo to mówi się właśnie o nim. Ta sprzeczność ma tylko jedno wyjaśnienie: „kryzys gospodarczy” w USA był rzeczywiście bardzo poważny, ale nastąpił nie po 11 września 2001 r., ale na długo przed tym dniem, osiągając krańcowe, fatalne wręcz stadium.

Runięcie dwóch wież WTC uratowało w ten sposób „nową gospodarkę” USA. Mogły one wyciągnąć z tej tragedii wielką korzyść.

Wcześniej wspomniałem o tym, w jaki sposób gospodarka amerykańska związana jest z geopolityką atlantyzmu. Uderzenie w budynek Pentagonu okazało się być całkiem na rękę USA i samemu Pentagonowi. Geopolityczna i jądrowa potęga USA odzyskują legitymizację – tak w polityce międzynarodowej, jak i w świadomości Amerykanów. W obliczu nowego zagrożenia, nowego wroga (bezczelnego i „widowiskowego”) – „terroryzmu międzynarodowego” – usprawiedliwione są wszelkie wydatki na zbrojenia, konieczność NMD (National Missile Defence – amerykański system obrony antybalistycznej), dalszy rozwój MIC itd. Jest to wspaniała baza konceptualna, dająca impuls do dalszego rozwoju MIC i związanych z nim dziedzin – swego rodzaju jądra realnego sektora gospodarki amerykańskiej. Z czysto teoretycznego, ultraliberalnego punktu widzenia, takie rozwiązanie problemu nie jest całkowicie poprawne, ale wszyscy wiemy, że Ameryka w krytycznej sytuacji zawsze wybiera podobne rozwiązanie – przecina węzeł gordyjski po tamtej stronie ekonomicznej ortodoksji i neoklasyki. Tak było w epoce New Deal Franklina Delano Roosevelta, co pozwoliło Stanom wyjść z „wielkiej depresji”. Później, po Pearl Harbor, analogiczne rezultaty przyniosło przestawienie amerykańskiego przemysłu na wojenne tory. Natomiast po zakończeniu II wojny światowej odwrotna operacja groziła postawieniem kraju w obliczu nowej fali upadku gospodarczego i wtedy jak na zamówienie, zaczęła się zimna wojna. Geopolityczna poprawka na zewnętrzne zagrożenie nieraz w XX w. wyręczała gospodarkę USA (nie pretendując zresztą do tego, by bez ogródek korygować teorię liberalizmu).

Strategiczna rola USA została wzmocniona także na arenie międzynarodowej, ponieważ dalsze ściąganie „jądrowej renty” od sojuszniczych bloków Europy i Azji staje się nowym ważkim argumentem. Broniąc się przed „terroryzmem międzynarodowym” USA bronią także wszystkich pozostałych, a zatem „wszyscy pozostali” powinni płacić za to, żeby obrońca był silny, potężny i uzbrojony we wszelką broń. Konkurencja ekonomiczna między strefami geoekonomicznymi, która już groziła przerodzeniem się w tarcia polityczne z Europą (stąd już blisko do stosunkowo autonomicznego systemu bezpieczeństwa Europy – a w perspektywie i Eurazji), zeszła na dalszy plan. „Nowe wyzwanie” zmusza do jej reinterpretacji jako ni mniej ni więcej „pośrednie poparcie dla międzynarodowego terroryzmu”. Waszyngton od tej chwili może powiedzieć Europie: „międzynarodowy terroryzm” rozpoczął trzecią wojnę światową i my w naszych stosunkach wzajemnych przechodzimy na logikę czasów wojny.

Właśnie to miał na myśli prezydent G. Bush junior, kiedy, w formie ultimatum, oświadczył, że wszystkie kraje w tej krytycznej sytuacji powinny się określić – po czyjej stronie są w tym decydującym momencie: z Waszyngtonem czy z „międzynarodowym terroryzmem”. Tak albo tak, trzeciego wyjścia nie ma.” Tak więc logika trzeciej wojny światowej przychodzi z pomocą USA właśnie w tej krytycznej chwili, gdy ich planetarna funkcja globalna zostaje zakwestionowana. Warto zauważyć, że jednobiegunowemu światu pod jednoosobowym przewodnictwem USA groził w przeddzień 11 września 2001 r. nie „międzynarodowy terroryzm”, a naturalna perspektywa pokojowej łagodnej ewolucji głównych podmiotów geopolitycznych – Unii Europejskiej, Rosji, Chin, Indii, Iranu, Japonii, krajów regionu Oceanu Spokojnego i świata arabskiego – w samodzielne struktury autonomiczne, tworzące wielobiegunowy zespół. Nie zamachy, a ich brak przede wszystkim zagrażał dominacji USA, jednobiegunowemu globalizmowi, stanowiąc przesłanki do alternatywnego ustroju świata, gdzie Stany Zjednoczone pełniłyby rolę zaszczytną, lecz wcale nie główną. Gdy rozważy się sytuację geopolityczną i ekonomiczną, w której znajdowała się Ameryka przed 11 września, widać, że równałoby się to katastrofie.

Istotna jest także teza o eksterytorialnym charakterze nowego zagrożenia – „międzynarodowego terroryzmu”. O. bin Laden i jego współbojownicy (symboliczne, „wyznaczone” figury, ucieleśniające „wroga”) nie tylko nie mają wyraźnej lokalizacji, nie reprezentują ani kraju, ani rządu, ani państwa, narodu, a jedynie „upolitycznioną sektę”. Sam ich związek ze zbrodniami w Nowym Jorku jest „pływającą” presumpcją, domniemaniem – niewykluczone, że winowajcą okaże się jeszcze ktoś. Taki eksterytorialny wróg może ujawnić się gdziekolwiek, zamieniając dowolne terytorium w strefę bezpośredniej interwencji wojskowo-strategicznej USA. De facto prawo do bezpośredniej interwencji USA w dowolnym punkcie globu zostaje zalegalizowane.

Taki sam obraz możemy zaobserwować w sferze finansów, gdzie także obecny jest „międzynarodowy terroryzm” (jego bazy finansowe). Ta okoliczność pozwala USA, jako głównej ofierze i zarazem głównemu bojownikowi przeciwko „międzynarodowemu terroryzmowi”, na zarezerwowanie sobie prawa do bezpośredniego mieszania się do procesów finansowo-gospodarczych. Przy czym eksterytorialność „przestępcy” oznacza eksterytorialne (w tym wypadku globalne) pełnomocnictwa tego, kto go prześladuje.

Ultimatum G. Busha juniora co do konieczności określenia swojego stanowiska, swojego obozu przez wszystkie kraje ma niedwuznaczny podtekst: „eksterytorialność wroga”, jego niejasny status, nieokreśloność jego charakteru pozwalają prześledzić jego związki z dowolnym krajem, narodem, który w czymś próbuje się zdystansować do planetarnej woli Ameryki, gdy ta wstąpiła na drogę trzeciej wojny światowej. W sferze gospodarczej daje to USA niesłychaną władzę nadrzędną.

Można mieć wrażenie, że normy demokratyczne zatrzymają USA na urzeczywistnieniu bezpośredniej dominacji, powstrzymają od nadużywania tych instrumentów, w tym moralnych i prawnych – którymi dysponują po 11 września. Czy jednak można na to liczyć? Stany Zjednoczone już dawno są przytłoczone przez instytucje „demokratyczne” (szczególnie w sferze międzynarodowej) i przez inne rudymenty, pozostałości po „świecie jałtańskim”. Dziś, na przykładzie Syrii można zobaczyć, jak liberalny model gospodarczy, a zwłaszcza amerykański system wartości próbują metod, które z demokracją mają niewiele wspólnego...

Jeśli trzeźwo ocenić źródło i pochodzenie zagrożeń dla USA przed zamachami (szczególnie w dziedzinie gospodarki), to można zobaczyć, że koncentrowały się one głównie w tych krajach, które obecnie są wciągnięte w koalicję antyterrorystyczną po stronie USA. Zatem ogłaszając trzecią wojnę światową z terroryzmem, USA w praktyce rozprawiają się ze swoimi konkurentami, formalnie grającymi rolę sojuszników w walce z „terroryzmem światowym”. Zdeklarowani przeciwnicy (talibowie, O. bin Laden) pełnią rolę swoistej zasłony dymnej.

Zadziwiające, że coś podobnego możemy zobaczyć, gdy zwrócimy uwagę na figurę „wroga”. „Wrogami” są te siły, które ze względu na pochodzenie, rozmiar i potencjał geopolityczny nie stanowią dla Stanów poważnego zagrożenia, ale są dość efektywnym narzędziem amerykańskiej polityki w konfliktach regionalnych – poczynając od działań przeciwko ZSRR w czasie wojny w Afganistanie, kończąc na destabilizacji sytuacji w Azji Środkowej i na Kaukazie – skierowanej przeciwko strategicznym interesom Rosji i Iranu. Co więcej, wybierając na głównego przeciwnika jedynego i niemającego sobie równych hipermocarstwa peryferyjne i dość marginalne zjawisko (w swoim czasie „oprzyrządowane” i wypielęgnowane w czeluściach amerykańskich i częściowo angielskich służb specjalnych) USA niewiarygodnie zawyżają status tej siły, głoszą jej geopolityczną wagę, której ona sama nie zdobyłaby w żadnych okolicznościach.

Wznosząc fikcyjny, z geopolitycznego i ekonomicznego punktu widzenia, maszt w rzędzie realnych i najbardziej niebezpiecznych, USA były w stanie pod całkiem niewinnym pretekstem żądać od swoich realnych konkurentów (którzy znaleźli się w roli mimowolnych sojuszników) ustępstw w tych sferach, które są najbardziej newralgiczne dla utrzymania i wzmocnienia amerykańskiej hegemonii. Takie żądania otrzymali przywódcy większości dużych krajów lub bloków państw od razu po 11 września.

W każdym konkretnym przypadku żądania te były sformułowane inaczej. Unii Europejskiej i strategicznym sojusznikom w rejonie Oceanu Spokojnego (Japonii i in.) proponowano zahamowanie wyjścia ze strefy dolara lub dywersyfikację wkładów walutowych, a także opłacenie wojennych wydatków koalicji. Jednocześnie niedwuznacznie proponowano zapomnienie o zwiększeniu samodzielności politycznej czy geopolitycznej, o alternatywnym modelu globalizacji, o wielobiegunowym świecie.

Rosję postraszono naciskami ekonomicznymi i zaliczeniem do grupy państw zbójeckich, zażądano zmniejszenia obecności strategicznej w krajach Wspólnoty Niepodległych Państw (szczególnie w Azji Środkowej) i likwidacji w jak najkrótszym czasie baz wojskowych z czasów zimnej wojny na terytorium rosyjskim.

Przywództwo Chin zostało delikatnie poinformowane co do narastających problemów w autonomicznym okręgu xinjangsko-ujgurskim... I tak dalej.

Oddzielne pouczenia w formie ultimatów otrzymały kraje WNP. Zasugerowano im, by brały pod uwagę nowy model stosunków wzajemnych z USA, występujących w roli głównego podmiotu polityki światowej, odpowiedzialnych, również strategicznie i ekonomicznie, za swoich „partnerów koalicyjnych” (szczególnie tych „słabych”).

Wszystkie kraje „klubu wielobiegunowego” łagodnie, lecz stanowczo poproszono, by zakończyły działalność. I jeśli można, jak najszybciej...

Wybór Afganistanu na przyczółek do „odpowiedzi” także świetnie wpisuje się w logikę Amerykanów. Jest to kraj położony w centrum Azji, sąsiaduje z Rosją, Chinami, Iranem, Pakistanem, Indiami i środkowoazjatyckimi krajami z WNP – stanowi kościec potencjalnego bloku eurazjatyckiego, który najbardziej jest zainteresowany wielobiegunowym ustrojem świata, i który miał najwięcej do wygrania w przypadku osłabienia pozycji Ameryki i jej rezygnacji z roli jedynego i bezwarunkowego lidera światowego.

Afganistan to wygodna platforma do tego, by wprowadzić główne państwa bloku eurazjatyckiego do strefy podwyższonej niestabilności, w przyszłości strefy „wojen małej i średniej intensywności”.

Czy Rosja i inne państwa kontynentalne mogły odmówić spełnienia ultimatum USA po wydarzeniach 11 września 2001 r.? Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Teoretycznie mogły. Jednak oznaczałoby to bezpośrednią konfrontację z USA. Przywództwo Rosji powinno było jak najszybciej, wręcz błyskawicznie przyswoić sobie i uznać jako swoją jedyną i bezalternatywną platformę polityczną i geopolityczną – Projekt Eurazja. Proces rozwoju tej idei był już i tak dość intensywny, tym bardziej, że sama logika wydarzeń w przeddzień 11 września 2001 r. popychała władze rosyjskie do takiego wyboru. Jednak nie można uważać, że tego wyboru już dokonano, wszystkie kluczowe decyzje są podjęte a plany strategiczne opracowane tak, by w krytycznym momencie można było zacząć działać w ramach modelu eurazjatyckiego. Aby choć trochę zdystansować się od USA w tak krytycznej sytuacji, trzeba by było gotowych i konsekwentnych Eurazjatów...

Tak samo niegotowymi do bezpośredniej i twardej konfrontacji z USA, ratującymi swoją planetarną pozycję okazali się także pozostali gracze geopolityczni. Skonsolidowanego stanowiska tych „niedojrzałych” do radykalnego projektu eurazjatyckiego podmiotów w warunkach „zeit-notu” – braku czasu, pozostających pod silnym naciskiem Amerykanów, właściwie być nie mogło.

Aby w ekstremalnej sytuacji Rosja mogła zareagować inaczej, musiałaby istnieć całkiem inna struktura władzy. W spokojnym ewolucyjnym porządku prezydent Władimir Putin poruszał się w tym kierunku. W tym samym kierunku zdążały procesy w Europie, Iranie, Chinach, Indiach, Japonii i krajach arabskich. Jednakże będące dla wszystkich całkowitym zaskoczeniem wydarzenia 11 września poplątały światowym graczom (potencjalnym sojusznikom w ramach Bloku Eurazjatyckiego) wszystkie karty...

Analizując to, co powiedziano powyżej, dochodzimy do takiego wniosku: czas przeprowadzenia zamachów, styl ich realizacji, forma przekazu katastrofy, wybór celów i wykonawców zamachów – wszystko bardzo sprzyjało osiągnięciu wcześniej ustalonych i wykoncypowanych celów. Zamachów dokonano akurat w takim momencie, w którym USA były na progu upadku ekonomicznego, geopolitycznego i strategicznego. W wyniku zamachów, w trakcie przemyślanej i wyrachowanej reakcji na nie, Ameryka faktycznie mogła odwrócić ten upadek, błyskotliwie rozwiązać jednocześnie całą serię złożonych problemów ekonomiczno-geopolitycznych, ”wyrównać” do najważniejszych graczy polityki światowej jako „nieznani” gracze. Stan samych graczy i stopień konsolidacji ich stanowisk okazały się takie, że nie mogli oni w jakikolwiek sposób przeszkodzić Amerykanom w realizacji planów. Zbyt idealnie to wszystko pasuje, by złożyć to na karb zbiegu okoliczności, przypadkowa czy błyskawiczna reakcja przywództwa Ameryki, które zdołało w krótkim czasie otrząsnąć się z szoku i zareagować z genialną zaradnością.

Wydarzenia 11 września 2001 r. są wyjaśniane na wiele sposobów – geopolitycznie, geoekonomicznie, społeczno-politycznie, technicznie. Jednak doskonale widać, że mają one głęboki sens cywilizacyjny.

To nie kampania „Północy przeciw Południowi”, „Zachodu przeciw Wschodowi”, bogatych przeciwko biednym. To „wyprawa krzyżowa” Stanów Zjednoczonych na wszystkich pozostałych – przeciwko Eurazji. USA w tym wypadku to nie tylko kraj, nie tylko naród, państwo, ale i awangarda i swojego rodzaju resume, podsumowanie szczególnej cywilizacji – rezultat rozwoju europejskiej historii postoświeceniowej, szczyt systemu liberalno-kapitalistycznego. Postrzegać tę realność można jako „globalne dobro” i jak „globalne zło”. Jednak prawdą może być tu tylko jedno. Co właściwie? To już kwestia naszej wiary, naszych źródeł i samoidentyfikacji.

Tłum: Maria Walczak
Oryginał: http://evrazia.org/article/2365

______________________________________________________
1. MMM rosyjskie przedsiębiorstwo, które zorganizowało największą w historii tego kraju piramidę finansową http://pl.wikipedia.org/wiki/MMM

Czytany 6415 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04