sobota, 24 sierpień 2013 14:45

Adam Gwiazda: Mocarstwowe aspiracje Chin

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

china-lopot-flag  prof. dr hab. Adam Gwiazda

Chińska lokomotywa wyraźnie przyhamowała i coraz wolniej pokonuje kolejne stacje na drodze wzrostu gospodarczego. Nie uległy jednak zmianie wielkomocarstwowe aspiracje przywódców Chin, którzy dążą do przywrócenia Państwu Środka pozycji światowego supermocarstwa.

Dotychczasowy chiński model stymulowania wzrostu gospodarczego w oparciu o inwestycje i ekspansję eksportową okazał się nie do utrzymania w dłuższym okresie. W bieżącym roku tempo wzrostu PKB w Chinach ma wynieść tylko 7%. Takie tempo w Europie byłoby darem niebios, ale w Chinach, wzrost PKB poniżej 8% rocznie oznacza wzrost bezrobocia i nasilenie się protestów społecznych. A tego ostatniego najbardziej obawiają się autorytarne władze tego państwa. Władze te zbyt mocno uzależniły chińską gospodarkę od inwestycji i eksportu i do początku bieżącego stulecia koncentrowały swoją uwagę głównie na wewnętrznej polityce gospodarczo-społecznej, natomiast nie bardzo angażowały się w zmianę istniejącego ładu międzynarodowego. Dopiero od połowy minionej dekady Chiny zaczęły prowadzić bardziej aktywną politykę zagraniczną ukierunkowaną na zmianę globalnych norm i instytucji. Od tego czasu przedstawiciele Pekinu angażują się we wszystkie negocjacje na forach międzynarodowych i starają się tak wpływać na ewolucję funkcjonującego ładu globalnego, aby chronić przede wszystkim interesy gospodarcze swojego kraju.

W sferze gospodarczej Chiny nie przebierają w środkach i kopiują zachodnie technologie tak, jak to kiedyś robiła Japonia i Korea Południowa a także skutecznie posługują się „bronią walutową” (niedowartościowanym juanem), co ułatwia im ekspansję handlową i gromadzenie olbrzymich nadwyżek dewizowych z eksportu. Ostatnio jednak, w wyniku spadku popytu w Europie i Ameryce, spadają także dochody Chin z eksportu a wydatki na import zaczynają być coraz większym ciężarem, szczególnie w sytuacji, kiedy od 2011 r. chińskie rezerwy walutowe nie zwiększają się. Chińscy przywódcy upatrują jednak szansę na zdobycie przez ich kraj pozycji nr 1 w świecie w obecnej trudnej sytuacji gospodarczej Europy i Stanów Zjednoczonych, zdając się nie dostrzegać, że ten ostatni kraj radzi sobie z niwelacją skutków kryzysu gospodarczego o wiele lepiej niż skrępowana unijnymi dyrektywami Europa. Zdobycie takiej pozycji przez Chiny nie wydaje się jednak możliwie w najbliższych 20, a nawet 30 latach. Wprawdzie Chiny już w 2010 r. prześcignęły Japonię pod względem wartości wytwarzanego PKB i obecnie są drugą, po amerykańskiej, największą gospodarką na świecie, ale pod względem wartości PKB w przeliczeniu na 1 mieszkańca (per capita) w wysokości 5-6 tys. USD Chiny nadal zajmują odległe miejsce w świecie. Dla porównania PKB per capita w USA wynosi 50 tysięcy dol. czyli dziesięć razy więcej niż w Chinach, a w Polsce ok.17 tys. USD. Warto też zwrócić uwagę na to, co składa się na chińskie PKB, a jaka struktura tego produktu jest w krajach zachodnich i Stanach Zjednoczonych. Istnieje bowiem zasadnicza różnica między zdolnością wyprodukowania mikroprocesorów, supernowoczesnych samolotów, lotniskowców czy nowych biotechnologii a uszyciem nawet największej liczby podkoszulków czy wyprodukowaniem przez chińskie firmy laptopów czy telefonów komórkowych, ale opierających się na licencjach z krajów zachodnich. Warto o tym pamiętać, „podziwiając” chińską ekspansję eksportową. Żaden bowiem lub prawie żaden chiński eksportowy wyrób przemysłu przetwórczego, z wyjątkiem tekstyliów, nie jest w stu procentach chiński. Co ciekawe, im produkt bardziej skomplikowany, tym mniejszy jest w nim udział chińskiego inżyniera i przedsiębiorcy. Można tu podać przykład iPhone’a, który jest w pewnym sensie ikoną zglobalizowanej gospodarki. Wkład Chin w jego powstanie to zaledwie 5%, a mimo to bardzo długo pisano na nim „Made in China”. Dopiero po protestach firmy Apple, zmieniono napis na „Assembled in China”. Pomysł i projekt zrodził się w Palo Alto w Kalifornii, części produkowane są na Tajwanie, w Japonii i Korei Południowej, a Chiny dostarczają jedynie siły roboczej do składania tego urządzenia.

Dzięki bardzo wysokiemu wzrostowi gospodarczemu w ostatnich 30 latach (średnio 9% w skali rocznej) Chiny przekształciły się z kraju rolniczego w kraj uprzemysłowiony, ale jeszcze nie w takim stopniu jak gospodarki krajów gospodarczo wysoko rozwiniętych. Chińczycy nie potrafią jeszcze wytwarzać wielu nowoczesnych technologii i nadal albo kupują licencje, albo w inny sposób kopiują zachodnie i amerykańskie wynalazki, starając się w ten sposób zmniejszyć lukę technologiczną dzielącą ich od Zachodu. W ostatnich latach władze Chin przeznaczają też, co trzeba przyznać, coraz więcej środków na badania i wdrożenia (B+R), co przynosi już widoczne efekty. Według Światowej Organizacji Własności Intelektualnej (WIPO) w 2011 r. na całym świecie zgłoszono 2 mln wniosków patentowych (wzrost o 78% w porównaniu do 2010 r.) i najwięcej z nich, bo 526 412 złożono właśnie w Chinach. Na drugie miejsce pod tym względem spadły Stany Zjednoczone (503 582), a na trzecie Japonia (342 610).

Wspomniane, bardzo duże uzależnienie Chin od handlu zagranicznego, którego udział w tworzeniu PKB wyniósł przy końcu 2011 r. ok. 65% (dla porównania analogiczny wskaźnik dla USA wynosi ok. 15%) miało swoje plusy i minusy. Niewątpliwą korzyścią było zdobycie wielu rynków zbytu i możliwości zarabiania dewiz oraz inwestowania w wielu krajach, szczególnie rozwijających się, gdzie Chiny nie stawiały żadnych warunków politycznych miejscowym władzom, z wyjątkiem żądania zerwania stosunków dyplomatycznych z Tajwanem. Chińskie władze i firmy chętnie podejmowały współpracę z państwami rządzonymi przez dyktatorów, zdając sobie sprawę, że im mniej jest demokratyczny i bardziej skorumpowany rząd, to tym łatwiej będzie można przejąć nad nim kontrolę. Jednocześnie gospodarka chińska, zużywająca coraz więcej surowców, uzależniła się od ich importu, a także od importu żywności. Chiny bowiem od 2011 r. zmuszone zostały do importu 7 mln ton zbóż, gdyż same nie potrafią już zapewnić odpowiedniej ich podaży z własnej produkcji rolnej. Tylko bowiem 7% powierzchni tego kraju można wykorzystać do produkcji rolnej. Dlatego władze Chin od kilkunastu lat intensywnie poszukują areałów uprawnych za granicą. Aby kupić lub wydzierżawić taką ziemię czasami uciekają się do „tradycyjnych” środków przymusu, grożąc użyciem siły militarnej, jeśli dany kraj nie zgodzi się na „dobrowolną” korektę istniejących granic. Przykładowo, w 2011 r., Chiny „skłoniły” rząd Tadżykistanu do oddania 1000 km2 ziemi w górach Pamir, czyli ok. 1%, powierzchni tego niewielkiego kraju. Tadżycka opozycja uznała tę decyzję za jawne pogwałcenie konstytucji i naruszenie suwerenności kraju. Rząd jednak bronił się, twierdząc, że Chiny żądały blisko 30 razy więcej ziemi. W końcu wydzierżawiono Chinom jeszcze dodatkowe 2 tys, hektarów, na które napłynęli natychmiast chińscy rolnicy. Podobny napływ chińskich rolników i robotników występuje w innych krajach Azji i Afryki, gdzie funkcjonują chińskie osiedla, w których mieszkają chińscy pracownicy, zatrudnieni przez chińskie firmy działające w danym kraju. Wielu rdzennych mieszkańców tych krajów nie potrafi zrozumieć, dlaczego Chiny, będące drugą największą na świecie potęgą gospodarczą i aspirujące do roli supermocarstwa, eksportują tysiące biedaków, którzy zabierają pracę miejscowej ludności. Nie postępuje przecież tak mocarstwo Nr 1, czyli Stany Zjednoczone ani też mniejsze mocarstwa regionalne.

Jednak chińscy decydenci i inwestorzy nie przejmują się krytyką ze strony mieszkańców i niektórych rządów państw rozwijających się. Nadal inwestują w tych krajach i udzielają im kredytów, które wiążą je z Chinami na długie lata. W zamian za kredyty i pomoc gospodarczą domagają się „odpowiedniego”, czyli uprzywilejowanego traktowania chińskich inwestorów i zaniechania krytyki działań Państwa Środka w Tybecie, czy w kwestii praw człowieka oraz uznania Chin za państwo o gospodarce rynkowej. To ostatnie jest o tyle istotne, że państwa o takim statusie nie mogą być oskarżane o stosowanie dumpingu. Nie starają się jednak „eksportować” chińskiego modelu rozwojowego do reszty świata, zdając sobie sprawę z jego niskiej atrakcyjności, określanego przez niektórych mianem „Pekińskiego Konsensusu”, w opozycji do „Konsensusu Waszyngtońskiego”. W rzeczywistości jednak tzw. chiński model stanowi dziwaczną „hybrydę systemową”, będącą eklektyczną mieszaniną elementów gospodarki rynkowej z państwowym interwencjonizmem, przy zachowaniu wszystkich cech autorytarnego systemu politycznego. Nie dziwi więc fakt, że sami przywódcy Chin nie polecają tego modelu innym państwom, zdając sobie sprawę z wyznawanego w nich innego systemu wartości i dążenia do demokratyzacji życia społeczno-politycznego.

Pragmatyczni przywódcy Chin starają się także zbytnio nie ujawniać swoich mocarstwowych ambicji i planów. Nadal bowiem Chiny są w dużym stopniu uzależnione gospodarczo od Stanów Zjednoczonych, a mocarstwo to jest uczulone na wszelkie dyskusje o pojawieniu się konkurencyjnego supermocarstwa i konkurencyjnej ideologii. Unikanie otwartego sporu z Ameryką leży więc nadal w interesie Chin, gdyż taki konflikt mógłby mieć negatywne następstwa dla Państwa Środka, które sporą część swoich dochodów z eksportu zainwestowało w zakup amerykańskich obligacji i innych papierów wartościowych. Kwestią otwartą pozostaje sprawa, jak długo USA pozostaną jedynym supermocarstwem, zdolnym do rozwiązywania problemów globalnych, w tym szczególnie związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa międzynarodowego. Chiny za kilkanaście lub nieco więcej lat będą największą gospodarką świata, co jednak nie oznacza, że zajmą miejsce Stanów Zjednoczonych w istniejącym systemie globalnym i będą chciały przejąć odpowiedzialność za funkcjonowanie ładu światowego. Utrzymująca się nadal przewaga militarna i technologiczna USA może i nawet powinna zostać wzmocniona, nie tylko w obliczu ekspansji Chin, ściślejszą współpracą ze wszystkimi sojusznikami Stanów Zjednoczonych. A Chiny przecież do tej pory nie wypracowały takiego „kapitału społecznego” , jaką stanowi sieć sojuszy łączących Stany Zjednoczone z pozostałymi krajami świata. Można więc założyć, że Chiny pozostaną nadal raczej mocarstwem regionalnym, dominującym głównie w Azji pod warunkiem wszakże, że nie dojdzie w najbliższych latach do dalszego spowolnienia chińskiej lokomotywy. Nadal pokonuje ona jeszcze względnie płynnie poszczególne stacje, chociaż pewną niewiadomą jest, w jakiej kondycji dojedzie do stacji końcowej. Dużo zależeć będzie od tego czy „nowe” władze Chin zdecydują się w najbliższym czasie na gruntowną reformę systemu polityczno-gospodarczego czy raczej, co wydaje się bardziej prawdopodobne, będą starały się utrzymać jak najdłużej istniejący system, oparty na z jednej strony niby niewidzialnej ręce rynku, a z drugiej na wyraźnie widzialnej i boleśnie odczuwalnej ręce politycznego despotyzmu. Innymi słowy, czy dostrzegą też zagrożenia, jakie stwarza obecny system, gdyż coraz bardziej „zglobalizowana” gospodarka chińska podlega takim samym prawom i regułom co inne gospodarki świata. Nie będzie więc można utrzymywać w nieskończoność dominacji nadmiernie rozbudowanego sektora państwowego ani odgórnie manipulować cenami, stopami procentowymi, przepływami pieniężnymi i kursem wymiennym waluty narodowej. W ten właśnie sposób władze Chin zachęcały a raczej zmuszały do inwestowania w te branże, na których rozwoju im zależało. Doprowadziło to do rozbudowania nadmiernych zdolności produkcyjnych w wielu gałęziach przemysłu, co z pewnością by nie nastąpiło, gdyby ceny, stopy procentowe i kurs juana określał rynek, a nie partyjno-rządowi biurokraci.

Ci ostatni są największymi beneficjentami istniejącego w Chinach systemu polityczno-gospodarczego i tylko nieliczni z nich zdają sobie sprawę, że – jak potwierdzają to doświadczenia krajów Europy Wschodniej – taki system nie jest to utrzymania na dłuższy czas. Jednak zdają sobie z tego sprawę coraz lepiej wykształceni Chińczycy. Dotychczasowy rozwój gospodarczy Chin przyczynił się bowiem do poprawy warunków bytu sporej części populacji tego najludniejszego kraju. Szacuje się, że około 200 mln Chińczyków osiąga dochody porównywalne z dochodami mieszkańców krajów gospodarczo średnio rozwiniętych. Także coraz więcej Chińczyków kończy wyższe studia i nie chce się już bezwolnie poddawać władzy nawet „oświeconego” despotyzmu jednej tylko partii. Pragną oni współdecydować o warunkach i kierunkach dalszego rozwoju gospodarczo-społecznego swojego kraju. Doskonale zdają sobie sprawę, że przy niezmienionym systemie polityczno-gospodarczym nie będzie można zapewnić zrównoważonego rozwoju gospodarczo-społecznego, nie powodującego wielu, negatywnych „efektów ubocznych”, w tym szczególnie ogromnego rozwarstwienia dochodów, które w Chinach, czyli państwie rządzonym autorytarnie przez partię komunistyczną, jest większe niż w USA. Jeżeli więc w najbliższej przyszłości dojdzie w Chinach, jakimś cudem, do zmiany obecnego systemu polityczno-gospodarczego, to skorzystają na nie niej nie tylko mieszkańcy tego kraju, lecz także inne państwa i cała społeczność międzynarodowa. Przywódcy Chin chcą zmieniać świat, ale powinni najpierw zmienić siebie i swój system. Na lepszy.

Fot. allthingslearning.wordpress.com

Czytany 6620 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04