niedziela, 26 marzec 2017 21:21

Adam Gwiazda: Kryzys demograficzny w Polsce

Oceń ten artykuł
(13 głosów)

prof. dr hab. Adam Gwiazda

Jednym z bardziej niepokojących zjawisk społecznych w Polsce jest pogłębiający się kryzys demograficzny. Jego przejawem jest drastyczne zmniejszenie się współczynnika dzietności kobiet w wieku rozrodczym (16–49 lat). Niektórzy demografowie określają ten „stan rzeczy” mianem zapaści demograficznej. Wskaźnik ten wynosił w 1990 roku 2,03, w 2003 roku 1,25 a w 2014 roku 1,30. Oznacza to, że na sto młodych kobiet przypadało w tym i 2015 roku 130 urodzonych dzieci [1].

Tezą niniejszego artykułu jest stwierdzenie, że można odpowiednio sterować procesami demograficznymi, tak aby zapewnić przynajmniej reprodukcję prostą ludności danego kraju. Państwo powinno jednak prowadzić nie tylko politykę pronatalistyczną, lecz przede wszystkim odpowiednią politykę gospodarczo-społeczną i fiskalną, w połączeniu z rozbudową infrastruktury ułatwiającej wychowywanie dzieci przez pracujące matki. Polityka ta nie może polegać głównie na przydzielaniu zasiłków pieniężnych za urodzenie kolejnego dziecka.

Spadek dzietności kobiet

Proces zmniejszania się urodzeń w Polsce rozpoczął się już w połowie lat 80. Do tego czasu Polska należała do grupy krajów o wysokiej dynamice przyrostu ludności (ok. 0,9% rocznie), średnio w ciągu roku przybywało około 350 tys. Polaków. Dla porównania w 1983 roku, będącym apogeum echa wyżu demograficznego, urodziło się w Polsce aż 724 tys. dzieci. Było to 66 tys. mniej niż w rekordowym roku 1953 roku, kiedy urodziło się w Polsce najwięcej dzieci, tj. 800 tysięcy. Natomiast od początku lat dziewięćdziesiątych następuje w naszym kraju systematyczny spadek przyrostu naturalnego ludności; średnioroczna stopa przyrostu ludności osiągnęła poziom 0,14%. W 1999 roku po raz pierwszy w okresie powojennym w Polsce wystąpiło ujemne tempo przyrostu naturalnego i wyniosło -0,03%. W tym roku ludność zmniejszyła się o 13 tys. osób, a liczba urodzeń żywych (382 tys.) była niższa od liczby zgonów (383 tys.). W 1989 roku współczynnik dzietności kobiet był tak niski w Polsce, że nie zapewniał prostej zastępowalności pokoleń. Dla utrzymania prostej zastępowalności pokoleń współczynnik dzietności powinien wynosić co najmniej 2,10–2,15, natomiast w 1998 roku wynosił 1,43, a w 2012 roku 1,30 [2]. Jednocześnie nastąpiły zmiany w rozkładzie urodzeń według wieku matki. Bardzo znacznie zmniejszyła się dzietność kobiet w wieku poniżej 25 lat. Należy zaznaczyć, że optymalny z medycznego jak i demograficznego punktu widzenia wiek do urodzenia pierwszego dziecka to ok. 20–24 lata. Znana jest bowiem nie tylko demografom zależność, że im później posiada się pierwsze dziecko, tym prawdopodobieństwo posiadania kolejnych dzieci maleje. W 1990 roku średni wiek Polki rodzącej pierwsze dziecko wynosił 23 lata, w 2000 roku – 26 lat, a w 2012 roku już 29 lat. W ostatnich kilkunastu latach średni wiek urodzenia pierwszego dziecka zwiększył się o 3 lata. Jednocześnie od 1990 roku nastąpił widoczny wzrost urodzeń pierwszego dziecka w grupie kobiet w wieku 30–34 lata3. Podobne zmiany średniego wieku kobiet rodzących pierwsze dziecko następowały w innych krajach europejskich. Nie we wszystkich jednak krajach nastąpił tak duży jak w Polsce spadek dzietności kobiet. W niektórych krajach Europy Zachodniej i Północnej dzietność kobiet zwiększyła się w ostatnich kilku latach nie tylko dzięki prowadzeniu polityki pronatalistycznej. W tych krajach zachodnich, w których ludzie są wykształceni, zdrowi i wykonują pracę wymagającą wysokich kwalifikacji, wskaźnik dzietności wynosi ok.1,6–1,8. Poziom ten nie zapewnia wprawdzie zastępowalności pokoleń, za to mniejszej populacji może ułatwić osiągnięcie wyższego poziomu życia. Warto przypomnieć, że w okresie 1988 roku wskaźnik dzietności kobiet wynosił w Polsce 2,15. Dopiero w 1989 roku spadł do poziomu poniżej 2,1, a od 1990 roku grubo poniżej 2,0 i w ostatnich paru latach ustabilizował się na bardzo niskim poziomie 1,4–1,3 urodzeń żywych na kobietę w wieku rozrodczym. Należy zaznaczyć, że w 2015 roku wskaźnik ten był w 215 krajach świata wyższy niż w Polsce.

Utrzymanie tak niskiej dzietności w dłuższym okresie grozi szybkim wyludnieniem naszego kraju ze wszelkimi negatywnymi konsekwencjami tego zjawiska. Coraz bowiem więcej rodzin w Polsce rezygnuje z posiadania dzieci (w 2014 roku 10%) albo decyduje się na posiadanie tylko jednego dziecka. Przykładowo w 2004 roku rodziny z jednym dzieckiem stanowiły 46,9% wszystkich, z dwojgiem – 36,2%, a wielodzietnych (obecnie od trojga w górę) – 16,9%. Jednak już w 2011 roku struktura ta była znacznie gorsza, bowiem rodziny wychowujące jedynaków stanowiły aż 53%, a z dwojgiem dzieci – 35%. Oznacza to, że 88% małżeństw tworzy rodziny małodzietne, a tylko 12% decyduje się na większą rodzinę. Tak więc prawie jedna czwarta dzieci urodzonych w Polsce pochodzi z rodzin wielodzietnych. Jeżeli ta sytuacja nie zmieni się, to w roku 2050 – i to według optymistycznych założeń GUS – liczba Polaków spadnie o 12%. Znacząco wzrośnie za to liczba emerytów i rencistów (osoby w wieku powyżej 65. roku życia będą stanowiły blisko jedną trzecią wszystkich, a ich liczba wzrośnie w porównaniu z rokiem 2013 o 5,4 mln. W połowie bieżącego stulecia nie będzie już można odbudować dzietności Polaków, gdyż liczba kobiet w wieku rozrodczym spadnie o niemal 40%. Tak więc po 2050 roku dzieci w Polsce będą rodziły głównie kobiety po czterdziestce, a spadek liczby urodzin zacznie się już w 2016 roku, tj. w roku wprowadzenia w życie przez rząd PiS 500 złotych zasiłków dla ubogich rodzin posiadających dwójkę i więcej dzieci. Według GUS w 2050 roku urodzi się w naszym kraju 277 tys. dzieci. Dla porównania w 2014 roku w Polsce przyszło na świat 319 tys. dzieci [4].

Należy przypomnieć, że niekorzystne tendencje demograficzne zbiegły się w czasie z początkiem transformacji gospodarczej, kiedy państwo borykało się z wieloma problemami i nie było w stanie zapewnić odpowiedniego wsparcia dla młodych matek. Nie może więc dziwić fakt, że ok. 20 proc. kobiet z roczników urodzonych w latach 80. nie posiada dzieci i pozostanie bezdzietnymi. Jeżeli uwzględnimy niewielki obecnie współczynnik dzietności (1,3) i trudne warunki życia w Polsce zmuszające wielu młodych ludzi do emigracji w poszukiwaniu pracy, to perspektywy życia w wieku emerytalnym dla pokolenia echa wyżu demograficznego (tj. urodzonych w latach 80.) nie rysują się dobrze. Wzrasta dla nich prawdopodobieństwo osamotnienia w starości i braku odpowiednio wysokich emerytur, które zapewniłyby im dożycie zaawansowanego wieku w dobrym stanie zdrowia. Jest rzeczą charakterystyczną, że statystyczna Polka, która wyemigrowała do Wielkiej Brytanii rodzi w tym państwie 2,13 dziecka, a żyjąca w Polsce tylko 1,30 dziecka. W 2012 roku imigrantki z Polski żyjące w Wielkiej Brytanii urodziły 21200 dzieci, tj. najwięcej wśród wszystkich obcokrajowców mieszkających w tym kraju [5]. Każda więc Polka rodzi w Wielkiej Brytanii ponad 60% więcej dzieci niż w swoim kraju ojczystym. Wynika to w dużym stopniu ze znacznie większego poczucia bezpieczeństwa socjalnego.
W Polsce niechęć do powiększania rodzin wynika w dużym stopniu z niepewności jutra, ubożenia społeczeństwa, bezrobocia i niskich zarobków, które często nie pozwalają na utrzymanie samego pracownika, nie wspominając o utrzymaniu całej rodziny. Nie można jednak zakładać, że gdyby ludzie mieli pracę i godziwe zarobki to nie byłoby kryzysu demograficznego w naszym kraju. Spora bowiem część stosunkowo dobrze zarabiających Polaków i Polek nie chce mieć dzieci, a jeśli już, to tylko jedno, aby móc je lepiej wykształcić i wyposażyć. Z niższego przyrostu naturalnego skorzystają więc w przyszłości głównie „jedynacy”, którzy więcej odziedziczą po swoich rodzicach. Inna przyczyną niższego przyrostu naturalnego jest kryzys rodziny i bardzo znaczący wzrost rozwodów i separacji w naszym kraju. Liczba zawieranych małżeństw w Polsce zmniejszyła się z 308 tys. w 1980 roku do 188 tys. w 2014 roku. W tym samym okresie gwałtownie wzrosła liczba rozwodów z około 40 tys. w 1980 roku do ok. 66 tys. w połowie drugiej dekady XXI wieku (zob. tabelę 1).

Tabela 1. Liczba małżeństw, rozwodów i separacji w wybranych latach 1980–2014

demograf01.jpg

Źródło: GUS, Rocznik statystyczny 2015, Warszawa 2015, s. 185, 238.

Podobne tendencje wystąpiły, jeżeli chodzi o zjawisko urodzeń dzieci pozamałżeńskich. O ile bowiem w okresie do 1989 roku w „wolnych” pozamałżeńskich związkach przychodziło na świat 4-5% ogółu nowonarodzonych dzieci, to w czasie III RP proporcja ta zwiększyła się ponad pięciokrotnie i obecnie dzieci te stanowią 24% wszystkich urodzeń.
Inną przyczyną, oprócz niskiego tempa przyrostu naturalnego, zmniejszania się ludności naszego kraju jest emigracja. Stosunkowo wysokie tempo i wielkość emigracji powodują, że Polska powoli się wyludnia. Zjawiska tego zdaje się nie dostrzegać GUS, który od kilku lat podaje zawyżone dane o liczbie ludności Polski, bez uwzględnienia ok. 2,2 mln Polaków, którzy w ostatnich 10 latach wyemigrowali za granicę. I tak wg GUS w 2005 roku liczba ludności w Polsce wynosiła 38,1 mln, tyle samo w 2008 roku i aż 38,5 mln w 2013 r. Jednak po odliczeniu liczby Polaków mieszkających za granicą, liczba mieszkańców Polski w 2013 roku wyniosła ok. 36,8 mln. Mniejsza liczba mieszkańców naszego kraju to w dużym stopniu także efekt emigracji Polaków „za chlebem” aniżeli rezultat gwałtownego spadku przyrostu naturalnego ludności.

Tabela 2. Emigracja z Polski na pobyt czasowy w latach 2004–2014 (w końcówce poszczególnych lat) *

demograf02.jpg

*Dane szacunkowe nieobejmujące emigrantów opuszczających Polskę na stałe.

Źródło: GUS, Informacja o rozmiarach i kierunkach czasowej emigracji z Polski w latach 2004–2014. Notatka informacyjna, Warszawa 5.10.2015, s. 3.
 
Dane zawarte w tabeli 2 potwierdzają znaczny wzrost emigracji z Polski w ostatnich 11 latach. O ile w 2004 roku ok. 1 mln osób czasowo opuściło Polskę, to w 2014 roku było ich już ponad 2,3 mln (wzrost ponad 130%). Powyższe dane pokazują tylko liczbę tzw. emigrantów czasowych, spośród których ogromna większość (80%) przebywa poza swoim krajem ojczystym dłużej niż rok i powinna być zaliczona do „stałych rezydentów” w tych krajach, w których pracują i mieszkają.

Trudna sytuacja rodzin wielodzietnych

Pewnym paradoksem jest fakt, że spadek przyrostu naturalnego ludności, nie wystąpił w większym stopniu w rodzinach biednych. Nadal prawie 36% dzieci w Polsce przychodzi na świat w rodzinach biednych, a nawet bardzo biednych, żyjących poniżej minimum socjalnego, gdzie dochód netto na osobę nie przekracza 539 złotych. Nie sprawdzają się więc „teorie” różnych demografów, którzy twierdzili, że ludzie zamożni będą mieć więcej dzieci, a ludzie biedni mniej. W ogromnej większości krajów świata prawidłowość ta nie sprawdza się w praktyce. Występuje jednak inna prawidłowość, a mianowicie im więcej jest dzieci w rodzinie, tym większa w niej panuje bieda. W Polsce wśród małżeństw z dwójką dzieci zagrożonych biedą jest 4,2 proc. rodzin, z trojką – 9,8 proc., a z czwórką i więcej aż 26,6 proc. Na 8,9 mln dzieci w naszym kraju w wieku 0–24 lat będących w 2014 roku na utrzymaniu rodziców w niedostatku lub biedzie żyje ok. 1,4 mln. Pomoc państwa dla rodzin w naszym kraju jest bardzo skromna. Na ten cel przeznacza się tylko 1,5 proc. PKB (ok. 30 mld złotych), a na emerytury i renty ponad 212 mld zł rocznie czyli prawie połowę wydatków z budżetu państwa.

Rysunek 1. Liczba urodzonych dzieci w Polsce w latach 2005–2013

demograf03.jpg

Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych MPiPS, GUS.

Nie wszyscy otrzymują specjalny dodatek w wysokości 1000 zł z okazji „powiększenia się rodziny”. W Polsce na 372 tys. urodzonych w 2013 roku dzieci ponad 133 tys. otrzymało ten dodatek po urodzeniu w wysokości 1000 złotych. Jest on wypłacany od 2005 roku tylko tym rodzinom, których dochód na jedną osobę nie przekracza 539 złotych miesięcznie. Jest to kwota zbliżona do tzw. minimum egzystencjalnego pozwalająca zaspokoić tylko podstawowe potrzeby. Odsetek dzieci, którym przysługiwało wsparcie ze strony państwa stale się zmniejszał. Przykładowo w 2011 roku, takich dzieci było 41,4%, a w 2013 już tylko 35,8%. Miało to miejsce w sytuacji, w której liczba osób żyjących w skrajnej biedzie nie malała, lecz rosła. Takich osób żyjących głównie w rodzinach wielodzietnych było w 2011 roku 6,8%, a w 2013 roku 7,4% [6].

Nawet kryzys gospodarczy nie przyczynił się znacząco do zmniejszenia tempa przyrostu naturalnego w rodzinach ubogich. Z drugiej strony wiadomo, że w niesprzyjających warunkach „środowiskowych”, tj. sytuacji przedłużającego się kryzysu gospodarczego większość kobiet w wieku rozrodczym raczej nie decyduje się na posiadanie dzieci. Jednak w Polsce, mimo kryzysu, odnotowano w ciągu ostatnich pięciu lat dodatni przyrost naturalny ludności, czyli przewagę liczby urodzeń żywych nad liczbą zgonów. W pierwszym półroczu (od stycznia do końca czerwca 2014 roku) urodziło się w Polsce 186,9 tys. dzieci, czyli o 3% więcej niż w roku poprzednim i pomimo wyższej w tym samym okresie liczby zgonów (187,5 tys.) liczba ludności naszego kraju była o 22 tys. wyższa niż przed rokiem. Wynikało to jednak w dużym stopniu z ruchów migracyjnych ludności, gdyż do czerwca 2014 roku przyjechało do naszego kraju o ok. 23 tys. osób więcej niż wyemigrowało do innych krajów. Tendencja ta jednak nie utrzyma się w długim okresie. Najnowsze prognozy mówią o tym, że od połowy bieżącej dekady różnica między liczbą zgonów i urodzeń wyniesie w Polsce kilka do kilkunastu tysięcy na niekorzyść urodzeń. Należy też się liczyć z nasileniem emigracji z naszego kraju, o ile nie ulegnie radykalnemu przyśpieszeniu spowolniony w ostatnich paru latach wzrost gospodarczy i sytuacja na polskim rynku pracy .
Według prognoz GUS w 2020 roku liczba zgonów w Polsce sięgnie 419 tys., a liczna urodzeń 363 tys., natomiast w 2050 roku zgonów będzie już 451 tys., a urodzeń 273 tys. (różnica 178 tys.) [7]. Ludność Polski będzie się też coraz szybciej starzeć, co będzie miało określone implikacje dla budżetu i finansów państwa oraz dla rynku pracy, nie wspominając o „przeciążonej” już służbie zdrowia. Faktem jest, że w 2013 roku średni wiek Polaka wyniósł 37 lat, a osoby powyżej 50 roku życia stanowiły 36% wszystkich mieszkańców Polski. W 2030 roku osoby powyżej 50 roku życia będą stanowiły już 44% wszystkich Polaków. Jest więcej niż prawdopodobne, że obecne pokolenie 20–30-latków nie będzie w stanie wygenerować odpowiednich dochodów, aby pokryć koszty emerytur swoich rodziców i jednocześnie zapewnić sobie wystarczające środki na zapewnienie komfortu życia w starości porównywalnym z poziomem życia starszego pokolenia urodzonego w latach powojennych.

Nieskuteczne zachęty do” patriotycznej” prokreacji

Czy potwierdzające zapaść demograficzną dane statystyczne stanowią wystarczającą podstawę do zachęcania polskiego społeczeństwa do patriotycznej prokreacji? Z pewnością nie. Stosowane dotychczas formy „zachęty” przynoszą raczej skutki odwrotne od zamierzonych, do czego przyczynia się także obecny system emerytalny, który opiera się na założeniu, że na świadczenia emerytalne powinno zarobić pokolenie ludzi pracujących. Trudno nie zgodzić się z opinią wyrażaną przez niektórych ekonomistów, że „sztywne” trzymanie się systemu, z którego wynika, że w liczbie ludności nigdy nie może następować jakikolwiek spadek, jest społecznie szkodliwe. Podobnie jak namawianie ludzi, w imię trwałości tego systemu, do patriotycznej prokreacji [8]. Namawiani w ten sposób młodzi ludzie zastanawiają się, dlaczego mają żyć gorzej od innych wychowując dwoje i więcej dzieci. Politycy starają się jednak na różne sposoby zachęcić młodych ludzi do posiadania przynajmniej dwójki i więcej dzieci, głównie w trosce o przyszłość obecnego systemu emerytalnego, chociaż łatwiej byłoby zmienić ten system. Z kolei znajdujący się w coraz trudniejszej sytuacji ekonomicznej młodzi Polacy, z których spora część pozostaje bez pracy lub jest zatrudniona na tzw. śmieciowych umowach nie może sobie pozwolić na posiadanie więcej niż jednego dziecka, a często po prostu w ogóle nie chce mieć dzieci. Postawy te ulegają radykalnej zmianie z chwilą, kiedy młodej parze uda się wyemigrować i znaleźć pracę, w którymś w krajów zachodnioeuropejskich.

Innym, niekorzystnym trendem, jaki występuje w naszym kraju już od kilkudziesięciu lat jest wydłużenie średniego wieku rodzącej Polski. O ile w latach 70. wiek ten wynosił 21 lat, to w 2014 roku ponad 29 lat. Podobna tendencja występuje w odniesieniu do wieku, w którym młode Polski i Polacy zawierają małżeństwa. O ile w latach 90. Polacy zwykle brali ślub między 20 a 24 rokiem życia, to w drugiej dekadzie XXI wieku decydują się na to najczęściej w wieku 25–29 lat. A posiadanie najczęściej tylko jednego dziecka, a nie dwójki czy trojki dzieci „odkładane” jest „na później” co także jest jedną z przyczyn zapaści demograficznej. Pewnym paradoksem jest fakt, że na początku drugiej dekady bieżącego stulecia mamy w Polsce najwięcej młodych kobiet w wieku 28-30 lat. Kobiety te urodziły się w okresie wyżu demograficznego na początku lat 80. Przykładowo w latach 1982–1984 rodziło się w Polsce rocznie ponad 700 tys. dzieci, czyli prawie dwa razy więcej niż w latach 2011–2014. Polska posiada więc duży potencjał umożliwiający zwiększenie dzietności. Jednak szanse te będą się z roku na rok zmniejszać, kiedy w wiek najwyższej płodności będą wchodzić mniej już liczne grupy Polek urodzonych w latach 90. i pierwszej dekadzie XXI wieku. Ponadto po 2050 roku w zasadzie można będzie liczyć tylko na kobiety między 40. a 44. rokiem życia. To wśród nich potencjalnych matek może być najwięcej. Tyle że trzeba się liczyć z tym, iż po 35. Roku życia coraz trudniej zajść w ciążę. Jednak wcale nie musi spełnić się ten niepomyślny scenariusz, jeśli tylko państwo zacznie efektywniej niż dotychczas wspierać rodziny. Potwierdzają to doświadczenia międzynarodowe, które pokazują, że jeżeli państwo prowadzi racjonalną, długofalową i hojną politykę – tak jak np. Francja – to znacznej poprawie ulegają wskaźniki dzietności.

Jak odwrócić niekorzystne trendy?

Kwestią budzącą nie tylko w Polsce liczne kontrowersje jest to w jaki sposób państwo może powstrzymać zapaść demograficzną? Czy może tego dokonać tylko poprzez prowadzenie mądrej polityki prorodzinnej, na co poprzednie rządy III RP nie miały lub nie potrafiły znaleźć odpowiednich środków? Okazało się, że sam jednorazowy zasiłek czy Karta Dużej Rodziny oraz roczny urlop rodzicielski nie doprowadzą do zmiany obecnego, niekorzystnego trendu demograficznego. Tego rodzaju polityka, bez znaczącego wsparcia rodzin posiadających co najmniej dwójkę dzieci, nie zadziała w praktyce, czyli nie przełoży się na wzrost liczby dzieci. Trudno przewidzieć wszystkie efekty obecnej polityki prorodzinnej rządu PiS. Ambitny, rządowy program „Rodzina 500+”, który w perspektywie całej kadencji rządu PiS kosztować będzie podatników 83 mld złotych, może okazać się niewystarczający. Jednak tego rodzaju dosyć hojny program nie powinien być jedynym elementem polityki pronatalistycznej. Musi on zostać, i to możliwie szybko, obudowany kolejnymi ustawami oraz programami, które skłaniać będą polskie rodziny do posiadania dzieci. Fundamentalne powinny tu być kolejne ulgi podatkowe lub przynajmniej objęcie nimi grup, które obecnie są z nich wykluczone. Polska do lutego 2016 roku przeznaczała na politykę rodzinną 2% PKB. Po wprowadzeniu w życie programu „500+” nakłady te wzrosną do 3% PKB. Taka jest też średnia unijna. Należy jednak zwrócić uwagę na fakt, że bogatsze od Polski kraje UE, takie jak Francja, przeznaczają na świadczenia społeczne na dziecko rocznie 6772 euro. W Polsce świadczenia te wynoszą aż 12 razy mniej (530 euro). Wśród 28 krajów UE pod względem wydatków na politykę prorodzinną Polska zajmuje 24 miejsce [9]. Dla porównania Czesi, którzy mają podobny do nas poziom zamożności, na ten sam cel przeznaczają ponad trzy razy więcej pieniędzy.

Jednak samo zwiększenie nakładów na politykę pronatalistyczną nie przyniesie spodziewanych efektów, jeśli środki te zostaną wykorzystane w niewłaściwy sposób. Niektórzy krytycy realizowanego zresztą z dużym sukcesem, przejawiającym się w znacznym wzroście urodzeń dzieci w Polsce, programu 500+ rządu PiS zauważają, że „nikt nigdzie nie rodzi dzieci dla samych pieniędzy. Dzieci rodzą się tam, gdzie rodziców wspiera się systemowo, zapewnia im elastyczne urlopy i warunki pracy” [10]. Postulują oni jednak „tradycyjne” rozwiązania, które nie sprawdziły się w praktyce, w tym szczególnie budowę żłobków wskazując na fakt, że w Polsce 80% gmin nie ma w ogóle żłobków. Tymczasem praktyka potwierdziła, że żłobki nie służą ani matkom, ani dzieciom i są jedynie przechowalniami, które – choć czasem niezbędne – nie powinny być preferowanym modelem. Zamiast tego należy – jak to jest w sąsiednich Niemczech – dać kobietom realny, a także finansowy wybór w postaci bonu wychowawczego, który będzie można przeznaczyć albo na ośrodki opiekuńcze, albo na nianię, albo – co wydaje się rozwiązaniem najlepszym – przez wypłatę owych środków na konto rodziny – na osobiste wychowanie własnego dziecka [11]. Kwestią nierozstrzygniętą pozostaje sprawa „odpowiedniej” alokacji środków przeznaczonych na politykę demograficzną. Taka polityka daje efekty w dłuższym okresie czasu, czasem po 25 latach. Tyle bowiem trwa wychowywanie i kształcenie młodego człowieka. Aby jednak mieć nowych pracowników za kilkanaście lub 20 lat, należy jak najszybciej wprowadzić w życie sprawdzone w innych krajach metody alokacji środków przeznaczonych na realizację określonego modelu polityki prorodzinnej. Jest to konieczne, gdyż bez zwiększenia liczby dzieci trudno będzie w ramach obecnego systemu emerytalnego zapewnić w przyszłości względnie godziwe świadczenia emerytalne rosnącej liczbie ludzi starych. Obecnie na jedno świadczenie emerytalne składają się 4 pracujące osoby, a w połowie bieżącego stulecia na 100 emerytów przypadać będzie tylko 52 pracujących, czyli na jedno świadczenie będą musiały się składać dwie czynne zawodowo osoby. Może więc dojść do takiej sytuacji, w której aby utrzymać przy życiu siebie, emerytów i całą gospodarkę, osoby zdolne do pracy (w wieku produkcyjnym) niebawem będą pracować tak dużo, że w ogóle nie będą miału czasu ani siły na to, aby chcieć posiadać dzieci [12]. Ponadto coraz mniej liczne pracujące pokolenie może dojść do wniosku, że jest za bardzo obciążone na rzecz starszych pokoleń. A to z kolei może prowadzić do „zderzenia” między generacjami ludzi młodych i ludzi starszych.

Problemów demograficznych nie rozwiąże samo prowadzenie kosztownej, chociaż często nieudolnie realizowanej polityki prorodzinnej. Charakteryzuje się ona bowiem brakiem spójności i koordynacji działań oraz stosowaniem nieodpowiednich „narzędzi”. Często więc pomoc ze strony państwa nie trafia do wielodzietnych rodzin, które najbardziej potrzebują tej pomocy. Przykładem mogą być ulgi na dziecko, z których korzystało w 2013 roku w pełni 76% rodzin z jednym dzieckiem, 68% z dwojgiem dzieci i już tylko 31% tych wychowujących troje lub więcej dzieci [13]. Innym przykładem jest becikowe oraz świadczenia na wspomaganie matek samotnie wychowujących dzieci, których samotność jest często fikcyjna. Ponadto niż demograficzny powoduje, że inwestycje w żłobki i przedszkola okazują się często nietrafione. Młodzi ludzie, którzy nie mają stabilnej pracy i godziwego wynagrodzenia, po prostu nie chcą mieć dzieci. Aby rozwiązać obecne problemy demograficzne należy więc jak najszybciej doprowadzić do radykalnego zmniejszenia bardzo wysokich w naszym kraju kosztów pracy. Są one bowiem głównym czynnikiem powodującym spadek dzietności w Polsce. Gdyby bowiem pracownik otrzymywał na rękę tyle, ile ze wszystkimi obciążeniami jego pensja kosztuje pracodawcę, to z powodzeniem mógłby utrzymać żonę i dwójkę dzieci, bez konieczności wysyłania żony do pracy i bez korzystania z różnych zasiłków z tytułu posiadania dwójki i więcej dzieci.

Ambiwalentna postawa młodych

Kwestią nierozstrzygniętą jest pytanie czy głównym celem polityki demograficznej rządu III RP powinno być przede wszystkim doprowadzenie do wzrostu dzietności kobiet i zachęcenia młodych ludzi do posiadania dzieci?

Do młodych, w sporej części bezrobotnych, nie bardzo przemawiają argumenty o szybko starzejącym się społeczeństwie i groźbie deficytu za 20–25 lat rąk do pracy i załamania się systemu emerytalnego. Odnoszą się oni także dosyć obojętnie do niepokojących prognoz dotyczących spadku o 7 mln liczby Polaków w 2060 roku i raczej nie przejmują się jeszcze dramatycznie pogarszającą się strukturą demograficzną ludności naszego kraju. O ile bowiem w 1960 roku żyło w naszym kraju 7 mln dzieci w wieku do 10 roku i tylko 200 tys. osób powyżej 80 roku życia, to w 2060 roku dzieci będzie zaledwie 2 mln, a osób powyżej 80 roku życia aż 4 mln. Postępującego starzenia się polskiego społeczeństwa nie da się powstrzymać nawet poprzez prowadzenie bardzo szczodrej polityki prorodzinnej. Nie ma obecnie „cudownych recept na dzieci” [14]. Obok czynników materialnych, związanych z brakiem pracy oraz przede wszystkim brakiem perspektyw na uzyskanie dobrze płatnej pracy umożliwiającej zakup na kredyt mieszkania i zapewnienia godziwych warunków bytu swojej rodzinie, dzietność hamują także czynniki socjologiczne.

Coraz większa liczba kobiet korzysta z wolności wyboru między posiadaniem i nieposiadaniem dzieci. Coraz więcej też kobiet w wieku rozrodczym podejmuje pracę i odkłada na późniejsze lata założenie rodziny. Wreszcie spora część kobiet nie chce rodzić dzieci, bo stanowi to dla nich duże obciążenie psychiczne. W takich krajach jak Polska, a także w „prorodzinnej” Francji, większość obowiązków związanych z posiadaniem dzieci nadal spoczywa na kobietach. Nie można więc mieć pretensji do wielu kobiet, że nie chcą pomagać w zwiększaniu przyrostu naturalnego kosztem swoich karier zawodowych i życia osobistego. Wielu potencjalnych rodziców przestaje się także łudzić tym, że dzieci zmienią ich życie na lepsze. Dzieci dają szczęście, ale tylko do 6. roku życia. Pomimo faktu, że dzieci są przez Polaków wymieniane na drugim miejscu jako warunek udanego i szczęśliwego życia, to w praktyce te oczekiwania nie sprawdzają się, co szczególnie jest widoczne, kiedy dziecko rośnie. Wyniki badań socjologów z Instytutu Maxa Plancka potwierdzają fakt, że krzywa szczęścia rodziców radykalnie spada po ukończeniu przez dziecko kilku lat [15].

Minęły już czasy, kiedy w rodzinie liczyła się każda para rąk do pracy. Nie mają więc obecnie większego wpływu na liczbę posiadanych dzieci tzw. względy ekonomiczno-praktyczne. Coraz mniejsze znaczenie odgrywają też w wielu rodzinach względy emocjonalne, chęć przedłużenia życia poprzez przekazywanie swoich genów, wzrost statusu społecznego poprzez posiadanie większej liczby dzieci itp. Potencjalni rodzice, z wyjątkiem rodziców w niektórych krajach azjatyckich, nie decydują się na posiadanie dzieci głównie dla zabezpieczenia swoich potrzeb na starość. Model ten od wielu już lat nie sprawdza się w krajach europejskich, gdzie to nie dzieci pomagają starszym rodzicom, lecz najczęściej to rodzice pomagają dorosłym dzieciom. Z roku na rok w Polsce, przybywa dorosłych dzieci, często grubo po trzydziestce, którzy nadal mieszkają ze swoimi rodzicami i pozostają na ich utrzymaniu. Według danych GUS od 2005 roku liczba takich „wiecznych dzieci” zwiększyła się o 700 tys. W 2012 roku ze swoimi rodzicami mieszkało 44,5% młodych ludzi w wieku 25–34 lat (2,8 mln). Było to 8% więcej niż w 2005 roku [16]. Przyczynami tego stanu rzeczy jest słaba koniunktura gospodarcza w naszym kraju i brak pracy. Młodzi ludzie nie mogą się usamodzielnić, gdyż zdobycie pracy na etacie jest obecnie w Polsce zjawiskiem graniczącym z cudem. Na jedną ofertę zatrudnienia przypada bowiem średnio w kraju ponad 60 bezrobotnych, a w niektórych województwach nawet ponad 100. Jest to oczywiście wielkość „uśredniona”. Coraz częściej bowiem o jedno wolne miejsce pracy ubiega się nawet kilkuset bezrobotnych. Dotyczy to szczególnie tzw. stabilnych miejsc pracy w sferze budżetowej (na pełnym etacie) lub w spółkach skarbu państwa. Należy zaznaczyć, że bardzo wielu młodych ludzi pracuje znacznie poniżej swoich kwalifikacji za minimalne wynagrodzenie i to często na podstawie umowy na czas określony. Szacuje się, że na takich umowach pracuje już w naszym kraju prawie jedna trzecia młodych ludzi. Nic więc dziwnego, że mają oni ogromne trudności z uzyskaniem kredytu na zakup własnego mieszkania i siłą rzeczy zmuszeni są do mieszkania u rodziców. Taka sytuacja działa odstraszająco na potencjalnych rodziców, którzy coraz częściej odkładają decyzję o posiadaniu dzieci lub w niezbyt na szczęście jeszcze licznych przypadkach całkowicie rezygnują z ich posiadania.

Dzieci zapewniają swoim rodzicom różnorakie przeżycia i emocje, często z przewagą tych negatywnych, co niezbyt dobrze wpływa na samopoczucie szczególnie starszych rodziców, którzy chcieliby spędzić jesień swojego życia w spokojniejszym otoczeniu. Tego rodzaju doświadczenia zniechęcają także potencjalnych rodziców do posiadania większej liczby dzieci. Coraz częstszym więc wyborem jest posiadanie tylko jednego dziecka. Trzeba więc liczyć się ze stopniowym zmniejszaniem się populacji, co już ma miejsce w wielu krajach gospodarczo wysoko rozwiniętych. Łatwiej wtedy będzie można zapewnić mniejszej liczbie ludności edukację i opiekę zdrowotną na najwyższym poziomie oraz stymulować rozwój nowoczesnej gospodarki zapewniającej wysoko produktywne i dobrze płatne miejsca pracy. Samo więc skłanianie potencjalnych rodziców do posiadania możliwie jak największej liczby dzieci nie zawsze i nie w każdym kraju prowadzi tylko do pozytywnych następstw i wzrostu dobrobytu zarówno rodziców jak i dzieci. Czasami więc ograniczenie tempa przyrostu naturalnego, szczególnie w krajach biednych, mających problemy z wyżywieniem swojej ludności, odziedziczą więcej po swoich rodzicach i będą żyć w mniej „zatłoczonym” świecie.

Artykuł ten ukazał się w pierwotnej, nieco zmienionej wersji w roczniku: „Świat Idei i Polityki”, tom 14, 2015/16, s. 372–390.
Fot. http://www.retiremove.co.uk

Przypisy
1. A.Gwiazda, Demograficzne wyzwania XXI wieku. Implikacje dla polityki międzynarodowej, Gdynia 2011, s. 65.
2. Zob. Rocznik Demograficzny GUS 2000 i 2013, Warszawa 2013, s. 149 i 145. Por. D. Holzer-Żelażewska i K.Tymicki, Cohort and period fertility of Polish women, 1945-2008, „Studia Demograficzne” 2009, nr 1, s.12.
3. GUS, Departament Badań Demograficznych i Rynku Pracy, Podstawowe informacje o rozwoju demograficznym Polski do 2013 roku. Notatka informacyjna, http://stat.gov.pl/cps/vde/xber/gus/L_podst_inf_o_rozwoju_dem_pl_do_2013.pdf (dostęp: 19.02.2016).
4. Zob. T.P.Terlikowski, 500 plus polityka prorodzinna, Tygodnik “Do Rzeczy” 2016, nr 6, s. 26. Zob. także J.Blikowska, J.Ćwiek, Polska powoli się wyludnia, “Rzeczpospolita” 19.01.2016, s. A 7.
5. Zob. B.Marczuk, Dzieci. Polski fenomen na Wyspach „Rzeczpospolita” 20.02.2014, s. A 7.
6. Zob. Mały Rocznik Statystyczny 2013, GUS, Warszawa 2014, s. 312-320. Zob. także GUS, Rocznik statystyczny 2015, Warszawa 2015, s. 238.
7. Zob. Biuletyn Statystyczny GUS 2014, nr 2, s. 11-14. Por. J.K. Kowalski, Więcej dzieci, mniej rozwodów i pogrzebów, „Dziennik Gazeta Prawna” 27.08.2014.
8. Zob. M.Rębała, Dziecko na później, „Bloomberg Businessweek-Polska” 2014, nr 24, s. 18. Por. J.Ćwiek, Pokolenie wyżu poszło do ślubu, „Rzeczpospolita” 30.01.2015, s. A 5.
9. Zob. M.Makowski, Wielka polska rewolucja, tygodnik „Do Rzeczy” 2016, nr 8, s. 25.
10. Zob. Wypowiedź prof. I.E.Kotowskiej w: A.Szulc, Państwo? Niech się goni, „Newsweek” 2016, nr 9, s. 38.
11. Zob. T.P.Terlikowski, op.cit., s. 27.
12. Por. J.Kowalski, Luksus teraz nazywa się dziecko, „Dziennik Gazeta Prawna” 29.08.2012, s. A 5. Por.także B.Marczuk, Zapomnijmy o 40 milionach, „Rzeczpospolita” 23-24.08.2014.
13. Por. S.Kluza, Polityka demograficzna nie istnieje, „Rzeczpospolita” 10.02.2014, s. B 16. Por. także G.Osiecki, Z dziećmi gorzej niż za Gomułki, „Dziennik Gazeta Prawna” 16.12.2013, s. A 2.
14. Por. J.Ćwiek, Pięć sprawdzonych sposobów na dzieci, „Rzeczpospolita” 28-29.10.2012, s. A 5. Por. także A.Hołdys, Ile dzieci jest w sam raz?, „Wiedza i Życie” 2014, nr 5 i P. Górski, Coraz więcej osób starszych, „Rzeczpospolita” 8.09.2014.
15. Zob. K. Klinger, Dzieci szczęścia nie dają, „Dziennik Gazeta Prawna” 14-16.02.2014, s. A 5. A.Wronka, Globalistyczne plany wyludnienia Polski, „Polityka Polska” 2015, nr 8.
16. Zob. J.Kowalski, Polska krajem coraz większej liczby wiecznych dzieci, „Dziennik Gazeta Prawna” 7.01.2013, s. A 5. A.Wronka, Wojna demograficzna. Polacy – wymierający naród, „Polityka Polska” 2016, nr 9.

Czytany 5767 razy